Domestykacja

Towarzyszą nam od tysiącleci i wpłynęły na losy ludzkości. Stanowiły żywe spichlerze, oddawały życie w wielu bitwach, umilały życie. Gatunki, które udomowiliśmy, lub próbowaliśmy udomowić. Zaczęliśmy jakieś 14000 lat temu z wilkiem, a efektem jest stworzenie, które nazywamy dziś naszym najlepszym przyjacielem. Pies. Nasi przodkowie nie zrobili tego ze względów praktycznych, korzyści z psiej kompanii ujawniły się z czasem. Raczej z ciekawości, chęci obłaskawienia, panowania i dla przyjemności; małe osierocone wilczki znalezione po wybiciu stada były na tyle urocze, że czasem zabierano je ze sobą. Ich wychowanie powierzano kobietom, które karmiły je przeżutym pokarmem, a czasem mlekiem, pozwalając ssać zwierzętom własne piersi. Wilczki przechodziły proces wpajania już w towarzystwie ludzi, przez co wytwarzało się poczucie więzi z opiekunami. Kiedy okazały się być pomocne w czasie łowów, proceder przybierał na sile. Z czasem nasi przodkowie wprowadzili selekcję hodowanych osobników, preferując te podatne na tresurę, uległe a przy tym wciąż sprawne. Zmniejszały się ich rozmiary, skracał pysk, zmieniał profil osobowościowy, jeśli można się tak wyrazić. Wystąpiło zjawisko pedomorfozy, przetrwania cech młodzieńczych u osobników dorosłych.
Oswojenie jest pierwszym etapem udomowienia. Oswojone, to znaczy obłaskawione. Udomowienie jest stanem, w którym zwierzę żyje i rozmnaża się wyłącznie pod kontrolą. Przy czym gatunek udomowiony wciąż może wrócić do stanu dzikiego, nawet po tysiącach lat (z jednym tylko wyjątkiem). I poza tym wyjątkiem, żaden gatunek nie może być uznany za definitywnie udomowiony. Nawet pies czy krowa mogą na nowo zdziczeć. Przed kilku laty głośno było o Hogzilli, mieszańcu świni domowej i dzika, którą jakiś amerykański farmer ustrzelił ze strachu. Miała 2,5 metra długości i ważyła 350 kg.

Przy okazji warto wspomnieć, że pierwotnie świnia domowa była czarna i włochata, zaróżowiła się dopiero w XVIII wieku w wyniku selekcji przeprowadzonej na osobnikach dotkniętych albinizmem. Zresztą, runo owcy czy sierść królików angorskich także nie istniały w stanie dzikim. Muflony, dzicy krewniacy owcy, nie dają wełny. Ptaki nie niosą jaj non -stop, z regularnością kur domowych, a krowy w naturze nie dawały mleka poza okresem karmienia cieląt. Konie udomowiono przed 5500 laty na stepach Ukrainy, aby stanowiły rezerwę mięsa. Łatwiej było zapędzić całe stado do zagrody, niż tropić je co kilka dni. Nikt sobie podówczas nawet nie wyobrażał, że konie mogą służyć jako siła pociągowa, albo wierzchowce.

Próby domestykacji obejmowały w sumie około 200 gatunków zwierząt, w tym strusie, renifery, czy słonie, które są dziś reprezentowane zarówno przez populacje dzikie, jak i udomowione. Kozę udomowiono 10000 lat p.n.e., owcę 9000, świnię 8000, bawołu, osła, kota, konia, baktriana i dromadera – od 4000 do 3000 lat p.n.e. Bydło rozpowszechniło się na cały świat z Bliskiego Wschodu, a jego dzikim przodkiem był tur, którego ostatnią sztukę zabito w Polsce w 1627 roku. Jeszcze w XVII wieku w Szwecji łosi używano jako wierzchowców, a na Syberii do dziś doi się je; mają mleko 4-krotnie tłustsze od krowiego. Kurę udomowiono w dorzeczu Indusu, indyk pochodzi z Meksyku, paw z Indii. Gęsi to sprawka Rzymian, którzy sprowadzili ją z Algierii. Gołębie pocztowe były znane w Persji i Egipcie już 3 000 lat temu. W IV wieku p.n.e. Sumerowie oswoili gepardy, które używano do polowań. Prawdziwymi mistrzami domestykacji byli Egipcjanie, ktorzy mają na swoim koncie min. kota, gazelę, oryksa, hienę, pelikana i krokodyla. Rzymianie hodowali żenety, zaskrońce i łanie, które doili. A także mureny karmione ponoć ludzkim mięsem.
Najoryginalniejsi byli chyba Chińczycy. Organizowali walki świerszczy, które zamykano w złotych klatkach, karmiono regularnie i odpowiednio tresowano. Zwycięskie egzemplarze warte były fortunę. Świerszczom bojowym poświęcano traktaty i wiersze. Działo się tak za czasów dynastii Tang, niecałe 2 tysiące lat temu. Za to złote rybki znano już 4500 lat temu.

Jedynym ostatecznie udomowionym gatunkiem, który bez opieki człowieka wyginąłby w tydzień, góra dwa, jest jedwabnik morwowy Bombyx mori. Całe życie jedwabnika upływa w sztucznie stworzonych warunkach, a larwy wylęgają się tylko w określonej temperaturze i żywią się liśćmi morwy dostarczanymi przez człowieka. Sam motyl żyje kilka godzin.

Domestykacja ma swoją ciemną stronę. Na tyle mroczną, że rzuca cień na domestykację w ogóle. 90% wszystkich udomowionych zwierząt kończy w naszych żołądkach. A droga do naszych brzuchów wiedzie przez mękę. Można to bagatelizować, można o tym nie mysleć, ale fakty są niepodważalne. Zmieniają się gusty, namiętności, łagodnieją poglądy, ale los zwierząt, którym wyznaczyliśmy miejsce w rzeźni, wciąż jest uznawany za konieczny i niewart wyrzutów sumienia. W niewolniczej służbie naszego największego tyrana – brzucha, staliśmy się najstraszniejszymi z morderców. Co więcej, stwarzamy wokół krwiorozlewu i zwierzobójstwa atmosferę apoteozy. W ubóstwieniu wiecznego niedosytu żeru, w umiłowaniu rozkoszy podniebienia, a nieraz i zabijania, kreujemy rytuały unicestwiania, torturowania i pożerania.
Nie będę podawał wielu szczegołów, każdy z nas je zna, w mniejszym lub większym stopniu. Więzienie, tuczenie, pętanie. Odbieranie cieląt i prosiąt matkom, obcinanie dziobów kurom, wbijanie haków w świńskie ryje, aby uniemożliwić im realizację niepohamowanego instynktu rycia. Wypalanie, podrzynanie gardeł i wieczny ścisk; ścisk tak wielki, że zwierzę nie jest w stanie się odwrócić, ani podrapać. Itd., itd. Opieka (?) za cenę życia.

Historia uczy, że ofiarą prześladowań nie były tylko żywe spiżarnie. Weźmy takie koty. Słyszeliście z pewnością o kociej muzyce… Generował ją jedyny w swoim rodzaju instrument muzyczny, kocie organy. W Średniowieczu zamykano jak najwięcej kotów w skrzyni z dziurami, przez które wystawały ich ogony. Zabawa polegała na szarpaniu za nie, kłuciu szpilą, czy podpalaniu. Z upodobaniem palono je na stosach, gdyż uosabiały Arabów i diabły. Na św. Jana zawieszano je w płóciennych workach, albo beczkach, nad rozpalonym stosem. Podniecony tłum czekał, aż wór pęknie, a zwierzaki wpadną w płomienie, tworząc żywe pochodnie. Uciechy było co niemiara. Zrzucano je także ze szczytu wieży, zamurowywano w ścianach i wieszano. Choć przyznać należy, że dostawały czasem szansę uniknięcia okrutnego losu. Jeśli się nie wyrywały zanurzane w kropielnicy, uznawane były za „czyste” od złych mocy.
Inne gatunki nie miały wiele lepiej, jak nie w tym, to innym rejonie świata. Sowy przybijano do wrót stodoły, ropuchy zakopywano w ziemi, nietoperzom wyrywano skrzydła – choć to akurat zwierzęta dzikie, po prawdzie, nie udomowione. Bano sie i nienawidzono to zwierząt nocnych, to czarnych, to albinotycznych… Wiele ginęło jako ofiary mające udobruchać lokalne bóstwo. Już Mojżesz domagał się ukamieniowania wołu, a średniowieczni woźni sądowi chodzili po wsiach i wzywali do stawienia się przed sądem czarne koty, zbiegłe świnie, a nawet gąsienice. Jeśli mimo to pozwani bezczelnie ignorowali wezwanie, zostawali ekskomunikowani. Kiedy natomiast zwierzę zostało uznane winnym, bywało skazywane na stos, szubienicę, zakopanie żywcem, lub ścięcie. Koty wieszano min. za polowanie na myszy w niedzielę. Co by nie mówić, zazwyczaj kot był istotnie winny. Jego zwłoki wystawiano na pokaz, albo włóczono za końmi, aby jak najwięcej świadków mogło się radować ze zwycięstwa nad złem.
Jeśli jakieś zwierzę, na przykład koń, zachorowało, nie wolno było go leczyć, ponieważ stosowanie zdobyczy nauki, jako zarezerwowanych dla człowieka, w stosunku do zwierząt było zakazane przez kler. Aż do XVIII wieku nie wolno było tworzyć szkół weterynaryjnych.

Dziś jest dużo lepiej, ale zwierzę wciąż jest przede wszystkim produktem, z którym można robić co się żywnie podoba.

Domestykacji poddane zostały nie tylko zwierzęta, ale również rośliny. Aby do niej doszło, ludzie musieli zrezygnować z koczowniczego trybu życia na rzecz osadnictwa, które pociągnęło za soba rolnictwo. Bez osadnictwa nie byłoby rolnictwa, ani udomowionych roślin (jest to uogólnienie, nie wolne od wyjatków). I to nie głód, jak się niektórym wydaje, ale obfitość dała początek dziejom roślin uprawnych.
Wyróżnia się sześć pierwotnych ognisk rolnictwa: północnoamerykańskie (najmłodsze), południowoamerykańskie (zwłaszcza Peru), meksykańskie, chińskie, bliskowschodnie oraz papuaskie. Ani w Europie ani w Afryce nie doszukano się niczego takiego.
Większość roślin uprawianych dziś w naszym regionie pochodzi z importu. Nawet zwyczajowo chwalone za dobre, bo polskie nasze hity: jabłka (Persja, Azja środkowa) i truskawki ( Chile+Virginia, USA).
Krótki remanent:
Kukurydza, kabaczek, dynia, papryka, pomidor, awokado – zaczęto je uprawiać w Meksyku. Ziemniaki pochodzą z Peru i Ekwadoru. Pizarro przywiózł pierwsze 99 bulw w 1560 roku i ofiarował królowi Hiszpanii Filipowi II. A ten przesłał je w darze papieżowi. Także z Ameryki Południowej pochodzi fasola. Czosnek – Region Afganistanu i Kirgistanu. Cebula i bakłażan – Indie. Ogórek – Himalaje. Melony i arbuzy – Sahel (Mauretania, Etiopia). Oliwki i pietruszka -Bliski Wschód. Podobnie pszenica, jęczmień i owies. Morele -środkowa Azja. Rabarbar, brzoskwinia, kiwi – Chiny. Orzech włoski także. Orzech laskowy -Bałkany i region Morza Kaspijskiego. Figowiec -Turcja. Wszystkie cytrusy wywodzą się z Azji południowo -wschodniej, zahaczając aż po Chiny. Słonecznik -region Mississippi.
Rdzennie europejskich rośli nie udało mi się wyszukać za wiele. Czereśnia, śliwa, kapusta, sałata, marchew, tymianek, winorośl, kasztan jadalny.

FAO, Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa, dzieli rośliny uprawne na kilka kategorii.
Osiem zbóż: pszenica, ryż, jęczmień, kukurydza, żyto, owies, proso i gryka. Pszenica i ryż dają plon ponad 600 mln. ton rocznie. Proso dla porównania – 30.
5 roślin korzeniowych i bulwiastych: ziemniaki, pataty, maniok, taro, pochrzyn.
8 strączkowych: fasola, bob, groch, ciecierzyca, soczewica, soja, orzech ziemny i rycynus.
9 oleistych; słonecznik, rzepak, sezam, len, krokosz, bawełna, drzewo oliwne, palma kokosowa i olejowa.
Warzywa (w tym winogrona), owoce, dwie rośliny cukrodajne, 5 roślin włóknistych; len, konopie, juta, sizal, bawełna, oraz kilka nie dających się sklasyfikować, jak kauczukowiec, kakaowiec, drzewo kawowe, herbata, chmiel.

I to już wszystko, co uprawiamy.

I jeszcze jedno. Zanim nasi przodkowie się osiedlili i zaczęli hodować rośliny, odkładać część zbiorów na siew, zamiast je wszystkie zjadać, domestykacja pewnego gatunku trwała już jakiś czas. Już plemiona zbieracko – łowieckie (Indianie) rozpoczęły proces udomowienia tej rośliny, bez której najwidoczniej nie mogli się obyć, a która pozostaje niezastąpiona po dziś dzień. Zanim zaczęto uprawiać zboża, czy warzywa, ta roślina przetarła szlaki. Była pionierem. Pochodzi z Ameryki. To tytoń. Każdego dnia ludzie na całym świecie wypalają jakieś 15 miliardów (!) papierosów i skrętów.

Podczas sierpniowego wypadu terenowego na Majerowskie Pole znalazłem pięknie utrzymaną grządkę z inną rośliną o liściach służących do spalania. Zostawiłem mini-uprawę nietkniętą.

Cannabis Fotografia własna

Cannabis Fotografia własna

W przypadku roślin nie pojawiają sie w zasadzie dylematy natury moralnej. Rośliny nie posiadają układu nerwowego, o ile nam wiadomo nie odczuwaja bólu. A właśnie ten czynnik jest decydujący, co zauważył Jeremy Bentham.

Na podstawie:

Pasqual Picq, Jean-Pierre Digard , Boris Cyrulnik, Karine Lou Matignon Najpiękniejsza historia zwierząt
Jean-Marie Pelt, Marcel Mazoyer, Monod Theodore, Jacques GirardonNajpiękniejsza historia roślin


avidal

12 thoughts on “Domestykacja

  1. „Rośliny nie posiadają układu nerwowego, o ile nam wiadomo nie odczuwaja bólu.”

    A przecież botanicy twierdzą, że liście mają nerwy (żyłki) zawierające wiązki przewodzące. No dobrze, służą do przewodzenia wody i asymilatów, a nie sygnałów na wzór unerwienia występujacego u zwierzat. Ale zaraz, to rośliny w ogóle nie maja zmysłów i niczego nie odczuwają? To dlaczego kwiaty słonecznika w ciągu dnia zwracają się w kierunku „zmieniającego połozenie” słońca?

    W naszych organizmach układ nerwowy służy do przesyłania sygnałów elektrycznych sterujacych naszymi reakcjami na czynniki tak wewnętrzne, jak i zewnętrzne. A przecież rośliny również mają zdolność do wzbudzania i przekazywania sygnałów elektrycznych.

    Rośliny odczuwają, i to bardzo. Przekazują te odczucia tak w obrębie organów pojedynczej rośliny, jak i między innymi sąsiadującymi egzemplarzami. W lesie mają nawet niezwykle mocno rozbudowane linie przesyłowe swoich sygnałow – strzępki grzybów mikoryzowch. Zresztą nie tylko w lesie.

    Rośliny na pewno zatem odczuwaja stres. Nie wiem czy jest to ból. Ale jeżeli w warunkach stresu rośliny uruchamiają mechanizmy obronne (np. wytwarzają toksyny), to co to jest? Jeżeli drzewo zalewa zranione miejsce żywicą, to jak wytłumaczyć tę reakcję? Kiedyś zacząłem się zastanawiać, czy ścinając kwiaty nie sprawiam roślinom właśnie bólu.
    Nie wiem – ja tylko stawiam pytania.

    Można oczywiście dojść do absurdu – nie zabijajmy nie tylko zwierząt ale też roślin. Zbierajmy tylko dojrzałe ziarno bez ścinania zboża. Nie rańmy drzew, i zabierajmy tylko owoce dające się łatwo „odczepić” z gałęzi.

    Poszedłem za daleko – przecież człowiek wyeluował jako szczytowy wszystkożerca.

  2. Reakcja na bodźce nie może się równać odczuwaniu bólu. Do tego potrzeba mózgu, jak mi się wydaje, albo jakiegoś innego centralnego ośrodka nerwowego.
    Żyłki liściowe potocznie nazywa się nerwami raczej dlatego, że je wizualnie przypominają, a nie z racji ich funkcji.
    Oczywiście to wszystko nie znaczy, że rośliny pozbawione są czegoś, co nazwać by można zmysłami, choćby komórek światłoczułych. I na pewno podlegają stresowi – moim zdaniem nie można jednak tego porównywać do zdolności odczuwania zwierząt. Żywica zostaje wydzielana w reakcji na uszkodzenie tkanki – i tyle.
    Do problemu można tez podejść z adaptacyjnego punktu widzenia. Bo odczuwanie bólu jest adaptacją. Dzięki niemu np. unieruchamia ranne zwierzę lub fragment jego ciała do czasu zagojenia rany. W przypadku mobilnych organizmów odczuwanie bólu ma ewolucyjny sens. W przypadku roślin koszt, jaki wiąże ze sobą wykształcenie odpowiednich receptorów może być zbyt wielki w porównaniu do spodziewanych korzyści, ponieważ roślina ma znacznie mniejsze możliwości przeciwdziałania jego skutkom. A dobór naturalny to bardzo ekonomiczny projektant – poza jego specyficzną wersją zwaną doborem płciowym.

    • Tak, roślina nie ma mózgu. A może jednak wytwarza „jakiś mózg” w korzeniu, który steruje jej dalszym życiem? Oczywiście, posunąłem się za daleko.

      Wracam zatem do reakcji rośliny na stres oraz na inną roślinę. Udowodniono, że blisko spokrewnione genetycznie rośliny tego samego gatunku wzajemnie się wspierają wykazując nawet coś w rodzaju altruizmu. Sprzyjają lepszemu plonowaniu, a także ostrzegają się przed zewnętrznym zagrożeniem.

      Okazuje się, że w ogrodnictwie podobne relacje stwierdzono też nawet między roślinami odległymi genetycznie. Rośliny mają ponadto zdolność uczenia się i zapamietywania – inteligencja u roślin? Znowu posunąlem się za daleko, ale nauka naprawdę wie jeszcze mało o mechanizmach odczuwania roślin.

      Roślina niema mózgu – nie ma świadomości – nie wie co to jest ból. Nie wie, a reaguje i nawet wysyła innym roślinom sygnał, że jest źle – umówmy się – że „boli”. Stwierdzono przy tym, że mechanizm przekazywania informacji o stresie (umownie o „bólu”) u roślin bez mózgu jest podobny jak u nas, mających ten jakże ważny organ. Jaki ten świat organizmów żywych na poziomie biochemicznym i biofizycznym jest zunifikowany.

      To bardzo logiczne z punktu widzenia ewolucji. A że jedne organizmy są w rozwoju filogenetycznym niżej, a inne wyżej, zapewnia to bogactwo biologicznej różnorodności na ziemi, z czego tylko cieszmy się.

      Kończąc
      Nie twierdzę, że to co odczuwają zranione rośliny to jest ból w rozumieniu antropocentrycznym. Dla mnie jest to „ból” na poziomie biochemicznym organizmów bezmózgowych. A jak jest naprawdę, być może kiedyś dowiemy się.

  3. W takim ujęciu można by się z Tobą zgodzić, choć mimo wszystko stres i ból to zdecydowanie odmienne terminy opisujące różne zjawiska. Na przykład w komórkach organizmów tlenowych permanentnie dochodzi do stresu oksydacyjnego (który nota bene jest główną przyczyna umierania i starzenia się), a przecież w żaden sposób nie odczuwamy go jako bólu – ba, w ogóle go nie odczuwamy. Powiedziałbym tak – każdy ból jest formą stresu, lecz nie każdy stres oznacza ból.

  4. A mi się podobają pomysły Aleksandra i trudno się z nimi nie zgodzić na ogólnym poziomie, oczywiście mając świadomość, że póki co, to ciekawa spekulacja (również moje poniższe wywody). Sam się zastanawiałem czy w gotowana w rosole marchew, wcześniej skrobana i cięta, nie cierpi bardziej niż zdekapitowana rach-ciach kura. Na to są akurat małe szanse, ale twierdzenie, że rośliny na pewno nie cierpią nie ma za mocnych podstaw. Bo nie o ból jako sygnał chodzi, ale o cierpienie, które może mieć różne postacie. Na przykład kontaktujące się ze sobą rośliny i grzyby mogą tworzyć coś w rodzaju inteligencji zbiorowej wykazanej u owadów społecznych. A to daje szerokie pole interpretacji.
    Jeśli jednak chodzi o zwierzęta sprawa bólu, cierpienia czy stresu w kontekście samolubnego genu, tego nieprzyjemnego sensu życia, jest zdecydowanie przeceniana. Cierpienia i śmierć milionów norek amerykańskich bledną w świetle sukcesu tych, którym udało się zwiać i zasiedlić bez mała kontynent. Sukces reprodukcyjny przedstawicieli wielu gatunków jest bezprecedensowy w porównaniu do cierpień ich pechowych krewniaków.
    Jak już się dorwałem do klawiatury to napiszę jeszcze o jednej sprawie. W przypadku omawiania cierpień zwierząt hodowlanych warto odpowiedzieć sobie na jedno pytanie. Czy lepiej mieć koszmarny koniec, czy koszmary bez końca? Większość z nas wyobraża sobie życie w naturze w romantycznym ujęciu piękna, wolności, swobody itd., mierząc tym samym życie innych zwierząt, szczególnie wyższych kręgowców. Tymczasem nic bardziej mylnego. Drapieżniki, pasożyty, pogoda, konkurenci do samicy itd. Permanentny stres z nielicznymi chwilami relaksu. I nie mówiąc o skrajnych przypadkach fermowego tuczu, to wybór nie jest oczywisty. A już dla zwierzątek domowych marki chomik :-), to wybór jest jasny.

  5. Jeśli zatem rośliny wg Ciebie cierpią – to postawię pytanie po co? Organizmy wyższe czerpią korzyść z odczuwania bólu. Jaka korzyść wynika z cierpienia roślin, skoro ich możliwości przeciwdziałania temu cierpieniu są silnie ograniczone? Przecież wystarczy silniejszy wiatr, aby połamać gałęzie. Silniejszy poranny przymrozek, aby uszkodzić świeże pędy. Stado zwierząt, aby zdeptać runo leśne. Z ewolucyjnego punktu widzenia to nie ma sensu.
    Tym bardziej, ze rośliny rozmnażają się w znacznej mierze wegetatywnie, zatem znacznie bardziej efektywnie od organizmów złożonych, które preferują rozmnażanie płciowe. Zatem nie ma potrzeby chronić komórek somatycznych przy użyciu kosztownego mechanizmu, jakim z pewnością jest zdolność odczuwania bólu. Taniej i łatwiej odtworzyć chorą, czy zniszczoną roślinę bądź jej część – trwa to krótko, a substytut jest genetycznie identyczny; to klon. Im opakowanie na geny jest bardziej złożone, tym jest cenniejsze – wszak trzeba czasu, aby je zrekonstruować. Zwierzęta nie będę się dzielić przez pączkowanie. Dlatego dobór wyselekcjonował narzędzia wspomagające jak najdłuższe trwanie i funkcjonowanie tych opakowań. W przypadku roślin rachunek ekonomiczny jest jasny – to gra nie warta świeczki.
    Wiem, że przemawia przez Was obu empatia w stosunku do bądź co bądź istot żywych. Stąd pokusa nadania im cech, które upodobniłyby je da nas samych. Również odczuwam szacunek do życia jako takiego, ale to nie wystarczy, aby zawiesić krytyczną analizę.

    Natomiast odnośnie norek amerykańskich i sukcesu reprodukcyjnego – to chyba nie rozumiem, co właściwie masz na myśli. Jaka jest pointa, jak to się ma do tematu – sorry. Jeśli masz ochotę, możesz to jakoś uprościć, abym nawet ja miał jasność.

  6. Pointa 1 jest taka, że domestykacja poza cierpieniem nieistotnym z punktu widzenia samolubnego genu, przyniosła pewnym zestawom genów powielanych w warunkach hodowlanych ogromny sukces, których bez domestykacji by nie osiągnęły. Pełną pulę zgarniają gatunki wtórnie dziczejące, szczególnie poza wcześniejszym zasięgiem (norka czy obce gatunki w Australii), ale i krów biega po Ziemi więcej niż kiedyś turów itd. Dla genów nie ma znaczenia dzięki czemu osiągnęły sukces.

    Pointa 2 mówi, że gdyby zwierzęta miały możliwość podejmowania decyzji czy chcą być hodowane przez człowieka czy na wolności, wiele z nich by się głęboko zastanowiło. Co wcale nie dziwi, gdyż nawet ludzie mają tendencje do frommowskiej ucieczki od wolności.

    Zbiorowa inteligencja lasu to prawdopodobnie przegięcie, ale jeszcze niejedno nas zaskoczy w badaniu powiązań wewnątrz- i międzygatunkowych w ekosystemach. Cierpienie nie musi wynikać wyłącznie z odczuwania bólu, bo jest to tylko jeden z sygnałów, który może je spowodować. Rozumiem doskonale Twoje tłumaczenia ewolucyjnego pochodzenia bólu i całkowicie się z nim zgadzam. Chodzi mi o to, że mogą istnieć nieznane mechanizmy powodujące pozytywne lub negatywne odbierania bodźców środowiskowych. Depresje czy podobne stany istnieją często u osób, których ból fizyczny istotnie nie dotyka. Tu już nie chcę spekulować dalej, przynajmniej na tą chwilę.

  7. Tak czy inaczej – aby odczuwać cierpienie, jakiekolwiek, konieczna jest obecność ośrodka, który odpowiednio selekcjonowałby bodźce zewnętrzne i uruchamiał skomplikowane procedury – chemiczne, nerwowe, behawioralne itd. To musi kosztować. Cierpienie, jakie by nie było, to atrybut istot o większej złożoności niż rośliny, wyposażonych choćby w namiastkę świadomości istnienia – tak mi się wydaje. Twierdzenie, że roślina cierpi jawi mi się równie absurdalnie, jak gdyby powiedzieć, że kocha.

    Natomiast wpływ doboru sztucznego na genotypy oczywiście bywa niebagatelny – można ocenić właściwie bez ryzyka błędu, że hodowca częściowo zastępuje dobór naturalny dopuszczając do reprodukcji osobniki o pożądanych cechach. I o ile zwierzęta domowe faktycznie a ogół dobrze wychodzą eksperymencie zwanym domestykacją, to już te przeznaczone do masowej produkcji niekoniecznie. Ich los bodaj najbardziej wyczerpująco, ale też szokująco przedstawił Peter Singer w 'Wyzwoleniu zwierząt”, skupiając się na etycznej stronie domestykacji. Książka ma swoje lata, lecz moim zdaniem jest ponadczasowa, polecam – mimo to, że proponowane w niej działania, zmiany i rewizje stosunku do zwierząt zaliczyć należy do utopijnych. Nigdy nie staną się normą, częściowo z konieczności, częściowo z wpisanego w ludzką naturę szowinizmu gatunkowego – wystarczy sobie przypomnieć, z jak wielkim sprzeciwem spotkała się forsowana swego czasu idea przyznania podstawowych praw rodzajowi najbliżej spokrewnionemu z człowiekiem i z pewnością zdolnemu do oceny moralnej czynów własnych towarzyszy, nawet jeśli tylko w ograniczonym zakresie – szympansowi.

    • No bo Homo sapiens uzbierał najwięcej samolubnych genów. Można domniemać, że skrzętnie wykorzystał w tym zakresie przypadkowe mutacje. I stał się przez to najbardziej samolubnym stworzeniem na Ziemi. Nawet przyznaje sie do tego nazywajac „to” antropocentryzmem. Ba, próbuje nawet określić obecną epokę geologiczną jako epokę antropocenu. Nie wie tylko kiedy się ona zaczęła – od opanowania rolnictwa i osiadłego trybu życia, rewolucji przemysłowej, a może dopiero w XX wieku, kiedy na wielką skalę zabrał się za niszczenie przyrody Ziemi ?

      Homo sapiens, wróć do poszanowania przyrody, jakie miały ludy pierwotne. Nie wróci, nie jest przecież w stanie uszanować nawet drugiego Homo sapiens. No to może uzna chociażby, że zwierzęta mają jakieś prawa do dobrego życia. Nie – dla niektórych to tylko ideologia.

  8. Akurat wyodrębnienie nowego okresu geologicznego i jego nazwa znajdują moim zdaniem uzasadnienie – pokłady zgromadzone w procesie sedymentacji datowane na okres działalności i ekspansji naszego gatunku będą zawierały sztucznie wytworzone artefakty (precedens) i ewentualnie skamieniałości organizmów, do których ekstyncji się przyczyniliśmy. Nie doszukiwałbym się tutaj megalomanii, lecz raczej próby przyjęcia odpowiedzialności – wszak nazwa została powołana do życia przez ludzi nauki, świadomych wpływu człowieka na planetę.
    A genów mamy zadziwiająco niedużo w porównaniu z niektórymi mniej rozwiniętymi organizmami, z tego co kojarzę. Nie pamiętam szczegółów, ale to zapewne można sprawdzić.

  9. Od trzech lat usilnie staram się zapoznać z zagadnieniem antropocentryzmu. Trochę późno, bo termin „antropocen” został zaproponowany „już” w roku 2000 przez Paula Crutzena. To wielki uczony, przede wszystkim specjalista od chemii atmosfery, no i noblista. Zaproponował, że od 200 lat żyjemy w epoce geologicznej antropocenu. Dlaczego od 200 lat? Ponieważ od tego czasu nastąpiła ogromna urbanizacja kuli ziemskiej – wystarczy obejrzeć nocne zdjęcia satelitarne Ziemi. I tu uwaga – ile energii marnotrawimy wysyłając ją w przestrzeń kosmiczną, która jej nie potrzebuje (ma własną). A przecież energia na Ziemi stała się towarem deficytowym, zwłaszcza teraz w 2022 roku.

    P. Crutzen swoją propozycję uzasadnił, że był to początek szybkiego dzisiaj wyczerpywania się paliw kopalnych. Drugi argument to zanieczyszczenie środowiska i emisja gazów cieplarnianych, To wszystko jest oczywistą prawdą. Niestety nie dla wszystkich. Na razie nie ma tu jednak argumentów geologicznych i propozycja nie została w świecie nauki jednomyślnie przyjęta. Trwa dyskusja, i bardzo dobrze że również na poziomie zwykłych ludzi, takich jak my.

    Antropocentryzm jest faktem, ale kiedy umiejscowić jego początek? Jak go zdefiniować w kategoriach geologicznych? Epoki geologiczne zostały opisane w oparciu o zmieniające Ziemię i jej przyrodę kataklizmy. Można było je odczytać w warstwach geologicznych. Dzisiaj najciekawsze wyniki daje odczyt treści zapisanych w lodowcach.

    Moim zdaniem trzeba mówić o antropocentryzmie na poziomie biologiczno-społeczno-gospodarczym. Nie tak dawno miałem okazję wymienić na ten temat swoje myśli z pracownikami naukowymi Muzeum Ziemi PAN. Nie jest to oczywiście noblowski poziom nauki, ale zgodzili się, że dzisiaj jest za wcześnie, żeby uznać obecny dominujący na Ziemi antropocen za erę geologiczną. Określenie „geologiczna era antropocenu” na podstawie kryteriów geologicznych zostawmy przyszłym pokoleniom. Dzisiaj, dla ratowania przyrody Ziemi, nasze pokolenie musi bić na alarm, tak na poziomie wielkiej nauki, jak i zwykłego człowieka.

  10. No właśnie, granice epok i okresów wyznaczały istotne zmiany zapisie kopalnym. Takie jak wielkie wymierania gatunków – jak choćby wymieranie permskie. Z pokładów sedymentacyjnych nagle (w skali geologicznej) zniknęło ponad 90% organizmów morskich, co dało podstawy do wyznaczenie nie tylko nowego okresu, ale nowej ery – mezozoiku. Tymczasem antropocen to propozycja na okres geologiczny, a nie na nową erę – wciąż tkwimy w kenozoiku, choćby dlatego, że nie zakończyła się póki co epoka lodowcowa.
    Wyróżnia się 5 wielkich, masowych ekstyncji w dziejach ziemi – a tę, którą fundujemy biosferze jako ludzie, już dziś niektóre autorytety nazywają 6 wielkim wymieraniem. Nasza działalność zostawi istotny ślad geologiczny. Zapewne masz rację i pierwotnie pomysłodawca nie myślał o geologii, ale ona jest istotna. Skład warstw geologicznych stanowić będzie w przyszłości dowód na wszelkiego rodzaju zmiany wywołane przez człowieka – także klimatyczne. Moim zdaniem w żaden sposób nie da się i nie należy pomijać aspektu geologicznego. To co się teraz dzieje, po prostu będzie widać w zapisie.
    Zatem zmiany geologiczne – nawet jeśli obecnie ich jeszcze nie ma, czego nie wiem – na pewno się pojawią wraz z upływem czasu i kolejnymi konsekwencjami aktywności Homo sapiens.
    Kwestia wyznaczenia granicy jest jak zawsze arbitralna, w przyrodzie wszystko jest płynne. Nie jestem pewien, czy spierać o kilkaset lat w tę czy w tę stronę – być może tak, bo człowiek jest takim katalizatorem zmian, jakiego próżno szukać w prehistorii, może poza impaktami z udziałem dużych obiektów, czyli w zasadzie jednym, może dwoma – trzema. Uzasadnienie Crutzena jest dla mnie przekonujące.

Leave a Reply