Hipoteza avidala

Zdecydowałem się przedstawić do oceny pewną szaloną także i dla mnie hipotezę, którą z barku lepszego pomysłu nazwałem po prostu hipotezą avidala. Impulsem do jej sformułowania stała się powszechna dyskusja na temat aborcji, ze szczególnym uwzględnieniem sporu, czy zarodek, a dalej płód zasługuje na miano człowieka ze względu na posiadanie właściwego naszemu gatunkowi kodu genetycznego.
Wnioski, jakie wyciągnę są bardzo kontrowersyjne i ja sam jestem nimi nieco zszokowany, Jednak nie potrafię dostrzec w moim rozumowaniu żadnej luki; być może Wam to się uda. Potraktujcie proszę poniższy wywód z możliwie otwartym umysłem, zapominając o tak dzisiaj wyraźnych animozjach między lewicą a prawicą. Oceniajcie surowo, ale rzeczowo.

Zarodek ma takie samo ludzkie DNA , jak każdy z nas. A DNA stanowi podstawowe i niepodważalne kryterium przynależności gatunkowej. Twój genom cię określa i świadczy o tobie. Genom to 4-literowy samorealizujący się przepis na osobnika danego gatunku. Genom człowieka – to przepis na człowieka i na nic innego. (Genotyp zaś to unikatowa, niepowtarzalna wersja genomu. Jest ściśle określony co do pojedynczego genu. Genom dla odróżnienia charakteryzuje się zmiennością genów warunkujących cechy szczególne, jak kolor oczu, czy temperament).
To genom steruje rozwojem i funkcjonowaniem organizmu. Tworzy organizm. Autorealizacja przepisu zaczyna się już od pierwszego podziału komórkowego; w chwili gdy zygota przestaje nią być.
Proces tworzenia się zaczął, ale daleko mu do ukończenia. Ponieważ zaś funkcjonowanie organizmu musi być monitorowane także po uformowaniu wszystkich części ciała (choć znaczną część zadań genom powierza mózgowi), pierwotny przepis nie ginie, lecz umieszcza sam siebie w każdej komórce gotowego organizmu. Odczytując ten przepis u dorosłego osobnika można bez pudła określić jego przynależność gatunkową, gdyż nie mogło z niego powstać nic innego, niż to, co przepis zawierał. Genom nie zmienił się, ale proces realizacji przepisu był dynamiczny, wieloetapowy.
W takim ujęciu staje się jasne, ze genom człowieka to owszem, przepis na człowieka, ale nie człowiek. Kilkudniowy zarodek to początkowy etap montażu. Niedokończona inwestycja.
Kiedy przeciwnicy aborcji utożsamiają zarodek, a potem płód z człowiekiem na podstawie DNA, ulegają złudzeniu, że człowiek to jego genom. Ta metoda klasyfikacji jest właściwa tylko w przypadku już ukończonego modelu, jeśli genom wypełnił część dwuczłonowego zadania. Idąc tym tropem należy przyjąć, że człowiekiem nie jest również noworodek. To wciąż niedokończony projekt. Nie spełnia najważniejszej funkcji, do jakiej ma służyć. Nie potrafi się rozmnażać. Dopiero osiągnięcie dojrzałości płciowej można uznać za moment kulminacyjny. Od tej chwili mamy do czynienia z człowiekiem. Wprawdzie niektóre części ciała nadal rosną, jak nos i małżowiny uszne, ale już wcześniej prawidłowo spełniały przeznaczoną im funkcję.

W okresie prenatalnym wyróżnia się takie etapy jak zygota, blastocysta, gastrula (i wiele innych), czy nieco szerzej – płód i zarodek. Pozwolę sobie zaadoptować je na potrzeby mojej hipotezy z zastrzeżeniem, że znaczą one ściśle to, co znaczą; że nie są synonimami człowieka.
Po narodzinach zwyczajowo używa się terminów niemowlę, noworodek, dziecko. Sprowadzam je do wspólnego mianownika i nazywam stadium larwalnym. Takie ujecie najpełniej oddaje istotę hipotezy. Nazywanie dziecka larwą nie jest czymś intuicyjnym i raczej nie spotkałoby się z akceptacją. Ja mimo to twierdzę, ze protesty są nieuzasadnione. Dziecko nie potrafi się rozmnażać, tak jak larwa (istnieją neoteniczne wyjątki). Dziecko rośnie i przybiera na wadze, jak larwa. I wreszcie dziecko różni się od osobnika dorosłego , jak larwa. Przy czym różnice anatomiczne , choć występują, nie są tak istotne, jak różnice funkcjonalne. Przypuszczam, że hipotetyczny pozaziemski badacz nie miałby oporów przed przyjęciem larwalnej interpretacji. Nam jest trudniej, z kilku powodów.
Może warto zwrócić uwagę na symptomatyczną manierę. Nie nazwiesz gąsienicy motylem, a pędraka chrabąszczem, choć mają to samo DNA. Jednocześnie w obu przypadkach bez wahania przypiszesz im tę samą przynależność gatunkową. Gąsienicę i motyla mianujesz powiedzmy paziem królowej, a pędraka i chrząszcza chrabąszczem majowym. A wszystko w oparciu o genomy. Gatunki klasyfikuje się dziś przede wszystkim na podstawie analizy genetycznej. Analogicznie proponuję zaszeregować zarówno zarodek, płód, dziecko, jak i osobnika dojrzałego do gatunku Homo sapiens, ale miano człowieka odnosić tylko do tego ostatniego.
Z mojej hipotezy wynika, że wszystkie gatunki zwierząt przechodzą okres larwalny. Kolejne novum. Muszę tutaj jasno zaznaczyć, że choć hipoteza jest czysto moim wymysłem, to holenderski biolog Midas Dekker proponował zinterpretować dziecko jako ludzką larwę.
Podkreślam, że jest to spojrzenie z perspektywy biologii. Kiedy patrzę i wcześniej patrzyłem na moje dzieci, przez myśl mi nie przyjdzie, że nie zasługują na miano człowieka. Ani mnie, ani nikomu innemu. Wynika z tego, że to nie ujęcie genetyczne jest najistotniejsze i nie ono decyduje, w czym, czy może w kim należy postrzegać człowieka. Konieczny jest biologiczny potencjał, którym wykazuje się dzięki posiadanemu DNA zarówno zarodek, noworodek, jak i 30-latek + zdolność odczuwania. Wtedy organizm nabiera ludzkich praw, choć z punktu widzenia biologii jest niedokończony (pamiętajmy, że argument za traktowaniem zarodka jako człowieka jest argumentem biologicznym)
Połączenia między komórkami mózgowymi powstają nie wcześniej, niż w 23 tygodniu życia płodowego.

Nasuwa się tu kilka pytań. Pozostając przy perspektywie biologicznej, jak należy traktować dojrzałe osobniki, które z różnych przyczyn nie są w stanie wypełnić funkcji, dla której zostały zaprojektowane? Niepłodne, bądź kalekie. One także są niedokończone. Konsekwencja każe odebrać im miano ludzi – cały czas poruszam się w perspektywie biologicznej. Podobnych kontrowersji jest zapewne więcej.

 

 

 

9 thoughts on “Hipoteza avidala

  1. „Zarodek ma takie samo ludzkie DNA , jak każdy z nas. A DNA stanowi podstawowe i niepodważalne kryterium przynależności gatunkowe”

    Oj wydaje mi się, że nie do końca tak jest. Każdy osobnik ma przecież nieco inny genom, a u zwierząt kręgowych rozmnażających się płciowo zazwyczaj w systematyce liczy się biologiczna koncepcja gatunku (a nie genetyczna). Czyli te organizmy które kopulując ze sobą mogą dać płodnego potomka. I jest to chyba jedyna dostępna systematykom w miarę obiektywna koncepcja gatunku, która da się zastosować tylko do części organizmów żywych, nie wspominając wirusów i wirionów. Natomiast nawet ta definicja nie jest ścisła, bo łatwo podać przykłady płodnych mieszańców międzygatunkowych i osobników z tego samego gatunku, które nie dają płodnych potomków.

    Przynależność gatunkowa jest raczej kwestią umowną w świecie organizmów żywych i wirusów.

    Pośród Homo sapiensów, zwanych przez niektórych małpą rozumną, tylko bliźniaki jednojajowe mają ten sam wyjściowy genom. Ale im wcześniej zarodek się podzieli tym więcej w nich różnic epigenetycznych i to, że są identyczne pod względem genetycznym też jest kwestią umowną (de facto są prawie identyczne). Natomiast każde jajo i każdy plemnik ma unikalny genom w wersji haploidalnej będący dla każdej komórki rozrodczej unikalnym programem na człowieka będącej w sposób niepowtarzalny zrekombinowanym genetycznie materiałem po matce i ojcu tego wehikułu gamety zwanym człowiekiem. Każdy z nas jest więc wyjątkowy i niepowtarzalny. Z każdym kończącym żywot plemnikiem i jajem znika jedyny i niepowtarzalny przepis na jakiś organizm ludzki.

    Ale ogólnie ciekawa koncepcją z tą alegorią larwy: z niezupełnego przeobrażania jak rozumiem. 🙂 Gratuluję ogólnie strony. Często z niej korzystam i proszę sprawdzić mejla, bo już jakiś czas temu do Szanownego Pana pisałem. 🙂
    Pozdrawiam szczękoczułkami.
    Warroza

  2. ” To wciąż niedokończony projekt. Nie spełnia najważniejszej funkcji, do jakiej ma służyć. Nie potrafi się rozmnażać”

    Tu też bym się nie zgodził, bo u organizmów społecznych to skomplikowane. Gdyby tak było to pszczoły robotnicy lub termita żołnierza też by nie można nazwać pszczołą i termitem. Dobry przykład jest właśnie z genetycznie bardziej prawdopodobnym homoseksualistą, który choć sam się nie rozmnożył to działał na rzecz doboru krewniaczego i społecznego. Selekcja naturalna toleruje dość często zachowania homoseksualne u zwierząt i choć jest to nieintuicyjne to tak jest, a zazwyczaj nie dochodzi w tym zachowaniu do reprodukcji.

  3. U gatunków eusocjalnych owszem. Ale to specyficzna sytuacja, w której można interpretować zespół osobników jako superorganizm. Homoseksualizm również nie wyklucza sensu mojego stwierdzenia, że rozmnażanie jest najważniejszą funkcją życiową – nawet jeśli jakaś pula osobników jej nie spełnia. I nie trzeba przywoływać zachowań homoseksualnych, tak jest przecież chociażby u gatunków o haremowej strategii, gdzie większość samców nie przekaże genów.
    Co do pierwszego zastrzeżenia odnośnie DNA jako kryterium przynależności gatunkowej – nie bardzo je rozumiem. Chyba że potrafisz podać przykład osobników tego samego gatunku o skrajnie odmiennym DNA. Zgadzam się natomiast, ze definicja gatunku jest rozmyta, jednak mimo to wciąż przydatna i potrzebna. Zresztą, ja sam od lat walczę z przekonaniem o istnieniu tzw. dobra gatunku, dla którego osobniki zachowują się tak, a nie inaczej. Ponieważ dla osobnika gatunek to abstrakcja, liczy się tylko on sam, czyli ostatecznie jego geny.
    Przejrzę poczte, ale mogło mi coś umknąć. Zdarza mi się to regularnie. Otrzymuje bardzo dużo wiadomości, co mnie trochę usprawiedliwia, mam nadzieję.

    • „Co do pierwszego zastrzeżenia odnośnie DNA jako kryterium przynależności gatunkowej – nie bardzo je rozumiem. Chyba że potrafisz podać przykład osobników tego samego gatunku o skrajnie odmiennym DNA. ”

      Nie potrafię, ale w drugą stronę już tak. Mianowicie przedstawiciel jakiegoś gatunku ma genom raczej podobny do wielu przedstawicieli innych gatunków niż skrajnie różny. Dość powiedzieć, że Homo sapiens ma więcej wspólnego genomu z bananem niż różnego. Ciężko więc powiedzieć, że mają skrajnie różny genom. Nie chodzi, tu raczej o odmienność procentową, tylko o takie zmiany (niekoniecznie duże), które uniemożliwią rozmnażanie. Nie jest to jednak genetyczna koncepcja gatunku, tylko biologiczna. Np. można by spekulować, że gdyby nie zlanie się dwóch chromosomów szympansich w jeden u człowieka (co akurat jest dużą zmianą), być może można by urodzić mieszańca człowieka z szympansem.

      Tak czy owak u ssaków w wyróżnianiu gatunków króluje biologiczna koncepcja gatunku, czyli wywodzi się je na podstawie izolacji rozrodczej. Jest one jednak inna niż koncepcja genetyczna. https://pl.wikipedia.org/wiki/Gatunek_(biologia).

      Akurat u Homo sapiens nie jest to tak istotne, bo generalnie Homo sapiens cechuje się bardzo małą różnorodnością wewnątrzgatunkową. Dwóch szympansów z sąsiedniego stada w Afryce może być bardziej genetycznie różnych niż jeden osobnik Homo sapiens w porównaniu do wszyscy jego przedstawicieli.

      Ale chodziło mi to, że przedstawiciele tego samego gatunku mogą mieć na tyle różny genom, że nie mogą dać płodnego potomstwa, ale mogłyby być może np. z przedstawicielem innego gatunku.

      Moim zdaniem skoro w grę ewolucyjną grają geny, to nie osobnik, tylko raczej pewna wspólnota genów, a ta wspólnota nie musi być konkretnie przypisana do osobników tego samego gatunku, ale np. to genów wirusów podczepionych ewolucyjnie do innych organizmów. Gen to jest jednostka daleko mniejsza niż osobnik składający się z miliardów komórek. Coraz ciężej mówić o jednym osobniku wobec tylu danych, ze bardzo różne osobniki różnych gatunków ewolucyjnie współżyją, ze sobą. Równie dobrze można zadać pytanie z dziedziny filozofii przyrody, czy człowiek nie jest narzędziem genów bakterii które hoduje w jelitach i genów wirusów, które nosi w genomie, albo to te bakterie hodują człowieka. Kto tu kogo hoduje?

      „U gatunków eusocjalnych owszem. Ale to specyficzna sytuacja, w której można interpretować zespół osobników jako superorganizm”

      Ale tylko interpretować raczej, gdyż poza garstką biologów z Wilsonem na czele, mainstream naukowy nie uznaje współcześnie doboru grupowego i koncepcji superorganizmu, przynajmniej na poziomie genetyczno-ewolucyjnym skąd wywodzi się ta alegoria.

      Pozdrawiam.

  4. Jest dokładnie na odwrót. Postrzeganie gatunku eusocjalnego jako superorganizmu znajduje uzasadnienie w postrzeganiu genu jako podstawowej jednostki dziedziczenia i wynika z postrzegania działania doboru na poziomie genu, nie jednostki czy grupy. Abstynencja reprodukcyjna robotnic może być logicznie wyjaśniona jedynie przez pryzmat interesu genu. Ale przecież wiesz o tym doskonale.

    • „Jest dokładnie na odwrót. Postrzeganie gatunku eusocjalnego jako superorganizmu znajduje uzasadnienie w postrzeganiu genu jako podstawowej jednostki dziedziczenia”

      Widocznie czytamy inne książki i słuchamy innych wykładów. 🙂
      Podtrzymuje swoje zdanie. Koncepcja superorganizmu na poziomie genetycznym (nie na poziomie homeostazy czy relacji społecznych) zakładała istnienie doboru grupowego, to znaczy, że pewne osobniki poświęcają się dla korzyści całego superorganizmu i on jest jednostką wyjściową w grze ewolucyjnej. Gorącym zwolennikiem tej tezy jest Wilson aktualnie, który z tej perspektywy krytykuje koncepcję samolubnego genu.
      https://www.amazon.co.uk/Superorganism-Beauty-Elegance-Strangeness-Societies/dp/0393067041

      Nie czytałem tej książki. Czytałem recenzje i polemiki.

      Trzeba pamiętać (bo nie wiem czy się dobrze rozumiemy), że to, że gen ma interes to jest oczywiście przenośnia, bo żadnego celu gen nie posiada, a zatem nie posiada też interesu. Na niczym mu nie zależy.

  5. Wilson w ogóle jest zwolennikiem teorii doboru grupowego. To archaiczne podejście. I tak, doborem grupowym wyjaśniał on zagadkę pozornego poświęcenia robotnic. Ta interpretacja została skutecznie obalona choćby przez Hamiltona. Tylko z punktu widzenia interesu genu eusocjalność ma sens. To własnie chciałem poprzednio przekazać.

  6. Tak? Znam SG, ale nie pamiętam, aby Dawkins poświęcił jakiś fragment kwestii granicy, od której zarodek/płód nabywa praw ludzkich i od którego aborcja byłaby moralnie nieuzasadniona. Co prawda, czytałem tę pozycje ostatni raz jakieś 15 lat temu i coś mi mogło ulecieć, ale nie sądzę.

Leave a Reply