Gdy dziś spacerując po lesie nasłonecznionym duktem zacząłem zbliżać się do nowo ułożonych sągów, usłyszałem z początku cichy, lecz dość wyraźny głos:
– 17×500, 18×500, 19×500…
Zacząłem się skradać…
– 25×500, 26×500, 27×500…
Kurcze! O co tu chodzi – pomyślałem. Głos na chwilę ucichł.
Po kilku minutach skradania znów słyszę…
– 57×500, 58×500, 59×500
Normalnie nie wytrzymam! Nikogo nie widzę a głoś słychać!
– 92×500+, 93×500+, 94×500+
Przyczajony zerkam zza kłody a tam samica Trzpiennika Olbrzyma wwierca się w kolejne miejsce, składa jajeczka i gada do siebie:
112×500+, 113×500+, 114×500+…kurde! Przydałby mi się kalkulator! – klnie pod czułkami…
– Przepraszam najmocniej – przerywam jej rozmyślania – cóż pani tak liczy?
– Nie przeszkadzaj gamoniu – warknęła ze złością – bo się pomylę! Ja pierdzielę…niech to kornik zeżre!…ja nie mam głowy do takiej matematyki…i niech mi kto wytłumaczy, czy ja muszę jeden wniosek na Rodzinę 500+ czy na każdego potomka składać osobno…Chyba zwariuję!…ale wszystko mi jedno! Pewnie wystarczy i na nową kieckę i na wizytę u fryzjerki i na nowe pantofelki… Kurde! Tyle kasy!
Pani Trzpiennikowa aż podskoczyła z radości i zatrzepotała skrzydełkami.
I jak ja mam teraz jej powiedzieć, że te kłody, które sobie upatrzyła jutro jadą do tartaku?
