Carlo Urbani

Urodozny 19 października 1956 roku w we Włoszech

21 lutego 2003 roku 64-letni profesor medycyny wynajął pokój 911 w hotelu Metropole, w dzielnicy Hongkongu. Przez kilka ostatnich tygodni zajmował się w Guangdong w Chinach leczeniem ludzi uskarżających się na trudności z oddychaniem, kaszel, ból gardła. Z początku wyglądało to na grypę, ale żadne leki przeciwgrypowe nie skutkowały, a ludzie zaczęli umierać z powodu ciężkiej niewydolności oddechowej, co się przy grypie raczej nie zdarza. Wkrótce profesor sam poczuł się źle. Obawiając się rozprzestrzenienia się nieznanego patogenu, domagał się izolatki z podwójnymi drzwiami. Jego prośbę odrzucono, a ostrzeżenia zbagatelizowano. Jednak 4 marca Liu zmarł, a inni goście zaczęli się uskarżać na złe samopoczucie. Siedmiu lokatorów z tego samego dziewiątego piętra zostało zarażonych.
Amerykański biznesmen Johnny Chen zachorował jako pierwszy. Ale dopiero 5 dni po fakcie, w hotelu w Hanoi spotkał się z doktorem, Włochem Carlo Urbani. To Urbani określił, że schorzenie jest całkowicie nowe i nadał mu nazwę SARS, czyli ostra, ciężka niewydolność oddechowa. Przyczyną SARS był koronawirus, który normalnie atakował łaskuny chińskie, szopy ussuryjskie i borsuki. Wszystkie te przysmaki sprzedaje się na południu Chin na targowiskach i w restauracjach. Obraz zniszczeń, do jakich zdolny był wirus, przedstawia się następująco: obumarcie rozległych fragmentów śledziony, obumarcie węzłów chłonnych, pękanie naczyń krwionośnych, uszkodzenia nadnerczy, serca, wątroby, a nawet mózgu, skrzepy w żyłach. Najbardziej zdewastowane były jednak zawsze płuca. Niektóre ich fragmenty zapadły się, inne obficie krwawiły, a czasem tkanka całkiem obumierała. I prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy, jak rozwinęłaby się epidemia, gdyby nie przeciwdziałania. Urbani rozpoczął kampanię uświadamiającą. Podróżował, tłumaczył, opisywał sposoby łagodzenia objawów. W Chinach zamknięto wszystkie kina, teatry i bary karaoke, odwołano szkolenia i spotkania publiczne oraz wycieczki. Wszystkie autobusy, pociągi, taxi, dworce i lotniska zostały zdezynfekowane. Odwołano nawet obchody pierwszomajowe, a na słupach pojawiły się ulotki zakazujące m.in. dłubania w nosie. W przedszkolach mierzono temperaturę wszystkim dzieciom, dwa razy dziennie. Podobnie traktowano pasażerów samolotów. Szeroko zakrojona akcja przyniosła efekty. Pandemię za jakiś czas wreszcie powstrzymano. Zanim tak się stało Urbani poszukiwał antidotum. Zdawał sobie sprawę z ryzyka, ale nie powstrzymało go to przed stałym przebywaniem z chorymi. Na jednej szali postawił swoje życie swoje; na drugiej życie tysięcy potencjalnych nosicieli wirusa i świadomie wybrał rozwiązanie niosące nadzieję dla innych, a dla niego samego fatalne w skutkach. Jak sam z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidywał, zaraził się od pacjentów. Przez niemal 2 tygodnie lekarze szpitala w Bangkoku próbowali go uratować. Bez happy endu. Zmarł 29 marca w wieku 49 lat.

Carlo Urbani z córką Maddaleną

Prawdziwy, a nie wykreowany bohater, jak to często bywa. W ojczyźnie doceniony i nie zapomniany. Pośmiertnie nagrodzony odznaczeniami państwowymi i uhonorowany nadaniem jego imieniem szkół i placówek medycznych. Przyznaje się stypendia nazwane jego imieniem przeznaczone dla początkujących naukowców zajmujących się chorobami tropikalnymi i zagrożeniami pandemicznymi. w 2023 roku w jego rodzinnej miejscowości otwarto muzeum traktujące o nim i o jego pracy. Także WHO stanęło na wysokości zadania, odsłaniając w Genewie tablice pamiątkową. Jednak dla reszty świata i oczywiście także w naszym kraju jest postacią anonimową, o której najwidoczniej nie warto wspominać. W Polsce trudno szukać instytucji, ulicy, pomnika czy jakiegokolwiek innego miejsca dedykowanego Carlo Urbaniemu. Nie, my wolimy bohaterów naszych i swojskich, a przede wszystkim bogoojczyźnianych. Choćby tylko w gębie.


19 października 1997 roku – krzyż sejmowy

Do sali sejmowej zakradli się dwaj posłowie AWS. Wybrali nocną porę nie dlatego, że dłużyły im się ponure jesienne wieczory i nie z powodu przewlekłej bezsenności. Natomiast jako samozwańczy agenci specjalni Jego Watykańskiej Mości, doskonale zdawali sobie sprawę, że prawo warto łamać jak najdyskretniej. Przysunęli do ściany fotel marszałkowski, po czym jeden z nich wdrapał się na niego i przywiesił drewniany krucyfiks. Ponieważ jednak brak mu było specjalistycznego przeszkolenia, a jego ruchy trudno nazwać kocimi pomimo szczerych chęci, spadł z prowizorycznej drabiny, po drodze uszkadzając drzwi wejściowe. Cena, którą był gotów ponieść; tym bardziej że ostatecznie to i tak nie on płacił za naprawę. Obowiązujące przepisy, wymagane zgody i zezwolenia, zasada równości światopoglądowej i religijnej – wszystko to dwóch skretyniałych amigos miało w głębokim poważaniu. Jak się okazało, stanowili reprezentatywny duet tej całej zgrai sejmowej wszystkich kadencji, aż po dziś dzień. Jak dotąd nie znalazł się nikt taki, kto odważyłby się krzyż usunąć. A i wyborcom zdaje się to zupełnie nie przeszkadzać. Zatem problemu nie ma. Z perspektywy posłów i posłanek problemu nie tyle nie ma, co już nie ma – kolejne krzyże zawieszono w wielu innym pomieszczeniach sejmowych. Wcześniej kolejni sejmowi lokatorzy czuli się zapewne prześladowani zbyt skromną takich krzyży reprezentacją.

A może w przyszłym roku pojawi się jakiś odszczepieniec od wiary? Kto wie… A zaraz, nie da rady – przecież w przyszłym roku nie wypada, bo uchwalono go prawie jednogłośnie rokiem objawień Matki Bożej Gietrzwałdzkiej (czy pozostałe Maryje nie będą zazdrosne?) i rokiem świętego Andrzeja Boboli. Zatem odpada i nie uchodzi.



18 października

20 października

Dodaj komentarz