12 października 1492 roku Kolumb dopłynął do wysp na Karaibach
Tym samym wyznaczył oficjalną datę odkrycia Ameryki. Zderzenie dwóch cywilizacji opierało się na wzajemnej wymianie dóbr. I tak Europejczycy otrzymali złoto, srebro, kukurydzę, pomidory i ziemniaki, które z czasem praktycznie rozwiązały problem głodu na przednówku. Rdzennym mieszkańcom Nowego Świata w udziale przypadły tyfus, odra, ospa, cholera, dżuma, wódka i inne alkohole uzyskane drogą fermentacji, oraz chrześcijaństwo, jedynie prawdziwą religię miłości. Dwóch ostatnich plag nie udało się okiełznać po dziś dzień.
Wykradzione siłą lub podstępem bogactwa na tyle wzmocniły kraje atlantyckie, że stały się mocarstwami i pod wieloma względami wyprzedziły kraje śródziemnomorskie oraz te ze środkowej i wschodniej Europy. Początkowo najwięcej zyskały Hiszpania i Portugalia, a z czasem dołączyły Anglia, Francja i Holandia. Odkrycie Ameryki zapoczątkowało proces ekonomicznego podziału naszego kontynentu na silny Zachód i słaby, zacofany Wschód. Wyrok zapadł i był nieodwołalny. Asymetryczny podział potencjału rozwojowego na wielu polach: gospodarczym, kulturowym, naukowym przez kolejne lata tylko się zwiększał. Nie bez powodu do XIX-wiecznych przełomów technologicznego i naukowego doszło właśnie na zachodzie Europy. Historia czasem faktycznie bywa nauczycielką – tym razem jasno dała daje doz rozumienia, że izolacjonizm to katalizator regresu. I nie ma w zasadzie znaczenia, czy jest on kwestią świadomego, choć krótkowzrocznego wyboru elit, czy raczej dziełem przypadku lub niesprzyjających okoliczności. W obu przypadkach dupa zostaje z tyłu. A jako że nauka nader często idzie w las, to wciąż nie brakuje zarówno indywidualnych a zarazem wpływowych kretynów, jak i całych stowarzyszeń, organizacji czy partii (zwykle ze wzniosłymi, choć pustymi patriotycznymi hasłami na sztandarach), które za całe zło tego świata obwiniają otwarcie na wpływy zewnętrzne.
12 października 1931 roku – statua Chrystusa w Rio
Pomyśleć tylko, że aż do początków minionego wieku syn boży i sam bóg w jednym musiał się zadowalać jakimiś marnymi statuetkami, a w najlepszym razie kilkumetrowymi co najwyżej figurami, na widok których można było oddać należną mu chwałę i boskość. To było wielkie niedopatrzenie, biorąc pod uwagę, że od setek lat objawiał się licznym błogosławionym z nieodmiennie powtarzaną mantrą o konieczności wychwalania go pod niebiosa. Inaczej niewesoło dziać się będzie na tym łez padole.
Ultimatum jezusowe wreszcie zostało wypełnione przez lud Brazylii. 38-metrowy posąg Chrystusa Odkupiciela stanął na wzgórzu w pozie z łaskawie i miłosiernie rozłożonymi ramionami. Wierni z całego kraju złożyli się na niego solidarnie i ochoczo, bo Kościół nie tylko u nas w kraju, ale i tam za wielką wodą klepie biedę aż piszczy. Od tego czasu w Rio ustały wszelkie konflikty z turystami z Samoa, a również z Wysp Świętego Tomasza i Książęcej. Prawdopodobnie – ale to i tak niezbity dowód, że było warto.

Statua w Rio de Janeiro. Niezwykle udany projekt, choć wyposażenie Odkupiciela w piorunochrony (niedostrzegalne z odległej perspektywy) akurat w tym przypadku można chyba było sobie darować. Więcej wiary!
Potem poszło już z górki. Gipsowe, metalowe i betonowe Jezuski rosły w oczach we wszystkich stronach świata. Chwalebny zwyczaj dotarł i do naszej uświęconej ziemi i w 2010 roku w Świebodzinie stanęła figura Jezusa Króla Wszechświata – a co, nie ma się co ograniczać z tytułami. Ponoć od tego czasu nie tylko w Świebodzienie, ale i w całym lubuskim pogłowie księży pedofili zmalało o całe 3 comma 2 procenta (dotyczy przypadków zakończonych oficjalnym przeniesieniem do innej parafii), a na domiar dobrego wyraźnie wzrosła liczba prześladowań werbalnych i aktów fizycznej przemocy wobec osób nieheteronormatywnych. A te wszystkie łaskawości z powodu jednego tylko 52,5 metrowego pomnika. No, swoje trzy grosze dołożyła też pozłacana korona.
A teraz pomyślcie tylko, jakie dobra spływają na wyznawców na Sumatrze – tamtejszy Chrystus Zbawiciel spogląda na trzódkę z wysokości 61 metrów. Tylko pozazdrościć.
