Co z rodziną

Rodzina
Wychowani jesteśmy w kulturze opartej m.in. o wartości związane z życiem rodzinnym, które należy do podstawowych fundamentów naszej życiowej stabilności w społeczeństwie. Tymczasem w XXI wieku obserwujemy narastającą niechęć do zakładania rodziny na rzecz życia w partnerstwie, najlepiej bez posiadania dzieci (trudno zrozumieć). No i epidemia rozwodów (co rozumiem). W skrajnym przypadku mamy też życie singli bez konieczności wiązania się ze stałym partnerem (czy powrót do poligamii?). Pominę tu zagadnienie tzw. białych małżeństw (co rozumiem) i celibatu (co usiłuje zrozumieć, ale mi to nie wychodzi). W tle wymienionych problemów buzują hormony.

Wielodzietność ptasiej rodziny Fot. Aleksander Chmiel

Domysły
Praczłowiek prawdopodobnie był poligamistą, a decydowały o tym zarówno hormony, jak i ówczesne warunki życia oraz brak wystarczającego rozwoju kulturowego. Ale dzisiaj nadal spotykamy się z poligamią, tak u mężczyzna, jak i u kobiet. Do dzisiaj poligamia występuje i jest uznawana za normę życia społecznego u niektórych plemion w Afryce i Azji. W odkrytym w Amazonii, powtórnie w latach 80-tych XX wieku (po pięciu stuleciach), w plemieniu Ze’o kobieta ma kilku mężów, a mężczyzna ma kilka żon. Dobrze wkomponowane w swój przyrodniczy raj, pokojowo nastawione plemię wyróżniało się zgodnym sposobem „wielkorodzinnego” życia; przy czym okazało się, że dominującą rolę odgrywają tam kobiety.

Pozwala to przyjąć, że monogamia u Homo sapiens oraz instytucja rodziny w naszym rozumieniu, są późniejszym wytworem kulturowym, kiedy człowiek zaczął organizować życie społeczne. Rodzina była prawdopodobnie nie tyle potrzebą biologiczną, co potrzebą zorganizowanego życia już w pierwotnych społeczeństwach. Wytworzył się też wówczas podział ról i zadań w rodzinie na kobiece i męskie. Podział ten w społeczeństwach wysoko rozwiniętych traci dzisiaj na aktualności na wielu frontach; oczywiście nie na wszystkich. Jeszcze dzisiaj można jednak spotkać plemiona żyjące niezgodnie z naszym pojmowaniem życia rodzinnego. Rozwijająca się kultura (nie każda) i religia (również nie każda) sprzyjały jednak życiu rodzinnemu i na swój sposób uświęcały je.

Współczesne realia
Na marginesie uświęconych reguł życia rodzinnego, cały czas w kulturowo rozwiniętych społeczeństwach były i nadal powszechne są zdrady i rozwody, bywa że także życie w poligamii. Co będzie z przyszłością monogamii i instytucji małżeństwa, kiedy istnieją szacunki, że już dzisiaj w naszym świecie jedna trzecia małżeństw rozpada się. Rozpadają się nawet małżeństwa afiszujących się katolicyzmem radykalnych fundamentalistów, a dla mnie znaczy to nic innego jak tylko fałszywych chrześcijan.

Dlaczego w ogóle katolik z kościelnym ślubem dostaje rozwód? Nie, on nie dostaje rozwodu, dostaje tylko unieważnienie małżeństwa – jakież wspaniałe rozwiązanie problemu. Wystarczyło tylko wymyślić powody do stwierdzenia nieważności zaślubin. A powód zawsze się znajdzie (tzn. wymyśli) i wszyscy mają czyste ręce.

Zarówno w poligamii, jak i w homoseksualizmie (a jest jeszcze, niestety coś gorszego – pedofilia), niezwykle trudno jest przeciwstawić się hormonom. Kultura, a nawet religia, nie mają wystarczającej mocy; hormonom ulegają nawet objęci celibatem wyświęceni duchowni. Znowu zadaję sobie pytanie – dlaczego wyświęcenie nie gwarantuje uświęconego życia i nie zabezpiecza przed rządzami cielesnymi? Nie zabezpiecza, bo nie jest to możliwe, bo jest to wbrew biologicznym atrybutom ziemskiego życia. Najważniejszym z nich jest instynkt przetrwania, który nakazuje nam zachować swoje życie i unikać dużych zagrożeń. Na drugim miejscu wymieniłby prokreację, co jest uwarunkowane genetycznie w każdym ziemskim gatunku – od bakterii do człowieka. W przypadku Homo sapiens możemy mówić, że posiadanie dzieci jest dla rodziców szczęściem – tylko dlaczego nie zawsze?

Na oczywistą naturalną potrzebę posiadania dzieci nakłada się cały zestaw mechanizmów zmysłowych i hormonalnych, które rządzą ludzkim życiem (i nie tylko ludzkim) – naszymi doznaniami, emocjami, uczuciami. Wśród nich chyba najważniejsza okazuje sią gra hormonów płciowych, ponieważ to ona decyduje o przedłużeniu istnienia naszego gatunku, tak jak każdego zwierzęcia. Skąd zatem pomysł na życie w celibacie, czyli decyzja przeciwstawienia się biologicznemu mechanizmowi chęci i potrzeby seksu. To tylko „ślepy” mechanizm, ale przecież w końcowym rozrachunku chodzi o posiadanie dzieci i przedłużenie istnienia ludzkiego gatunku. To nie jest prawo boskie; to jest prawo naturalne, a my jesteśmy cząstką natury. Wielu się z tym nie zgadza, ale to ich problem.

Staram się zrozumieć, dlaczego są ludzie żyjący w celibacie. Wydaje mi się, że dwa powody są społecznie akceptowalne. Pierwszy to aseksualność; tak istnieje „coś takiego”. Być może dla nieedukowalnych będzie to tylko ideologia. Ale sprawy ideologii na temat seksualności (tak hetero, jak i homo oraz LGBT, bo przecież „LGBT to nie ludzie, to ideologia”) wymagałyby głębszej analizy naszego życia hormonalnego, a to wykracza poza podjęty temat.

Staram się rozumieć również świadomy, niewymuszony wybór celibatu jako drogi życia buddyjskich mnichów czy chrześcijańskich zakonników. Ich wybór, ich wola, nikogo nie krzywdzą. Nie rozumiem natomiast ideologicznego podłoża celibatu w kościele katolickim. Przez dwa tysiąclecia bywało różnie, ale w Kodeksie Prawa Kanonicznego od roku 1917 celibat obowiązuje obligatoryjnie. I tu rodzi się problem natury biologicznej – jakże wielu wyświęconych katolickich duchownych nie jest w stanie zapanować nad normalnym przecież popędem seksualnym. Czy duchowny musi być urzędowo skazany na walkę ze swoją biologiczną naturą? Jasno wyraził to w żartach katolicki filozof, ks. Józef Tischner – jeżeli dobrze zapamiętałem: „… proszę nie budzić mnie pod żadnym pozorem, chyba że zniesiony zostanie celibat.” Widzimy jak w praktyce realizowany był i jest taki ideologiczny celibat.

Myślę, że możemy przyjąć, iż monogamia u Homo sapiens oraz instytucja rodziny w naszym rozumieniu, są wytworem kulturowym, kiedy człowiek zaczął organizować życie społeczne. Rodzina była prawdopodobnie nie tyle potrzebą biologiczną, co potrzebą zorganizowanego życia czy też koniecznością w dalszym rozwoju pierwotnych społeczeństw. Wytworzył się wówczas podział ról i zadań w rodzinie na kobiece i męskie. We współczesnym świecie ten podział ról często zawodzi.


Aleksander Chmiel

6 thoughts on “Co z rodziną

  1. Tak na gorąco, zanim odniosę się do innych tez zawartych w artykule, pozwolę się nie zgodzić w pełni z wnioskiem końcowym o monogamii jako wzorcu kulturowym. Moim zdaniem człowiek jest z natury jednak gatunkiem monogamicznym, tyle że z bardzo silną tendencją do zdrady – i to obu płci. Zarówno historia, dane archeologiczne jak i przesłanki biologiczne – w tym anatomiczne, zdecydowanie nie ułatwiają udzielenia jednoznacznej odpowiedzi. Wiemy, że wielkie na czele wielkich, historycznych dynastii stali despoci posiadający wiele żon i jeszcze więcej kochanek. Ale jeśli przyjrzeć się im bliżej, niemal zawsze jedna z żon była faworyzowana kosztem pozostałych, traktowana wyjątkowo.
    Często wysuwane argumenty na rzecz monogamii to także wielkość jąder, dymorfizm płciowy i matczyna opieka nad dzieckiem. Tyle, ze wielkość jąder, które u człowieka są proporcjonalnie duże, nieintuicyjnie przemawia właśnie za monogamią, a nie poligamią. Wyjaśnię to pokrótce. Gdyby mężczyzna był poligamistą, miałby wiele kobiet do dyspozycji i niewielką konkurencję dla plemników ze strony innych mężczyzn – nie tworzymy społeczności otwarcie rozwiązłych promiskuistycznych, jak szympansy. Wielkie jądra produkujące ogromne ilości plemników byłby zbędne. Poligamiczne goryle maja stosunkowo niewielkie jądra. Natomiast takie jądra z pewnością sią przydają w sytuacji, gdy często dochodzi do zdrad – wojna plemników wrze wtedy na całego. Wydaje mi się, że skłonność do zdrady lepiej tłumaczy fenomen dużych jąder, niż poligamia. Prawda jest, że mężczyzna różni się od kobiety – jest przeciętnie silniejszy, wyższy i odmiennie predysponowany pod względem inteligencji. Jednak znów – nie na tyle, aby nie można tego było wytłumaczyć innymi środkami, np. podziałem pracy. I wreszcie opieka nad dziećmi. Kobieta z racji uwarunkowań biologicznych, ale też kulturowych poświęcała więcej czasu na ich wychowywanie – ale przecież nie można powiedzieć, że mężczyzny w ogóle nie obchodzą własne dzieci, jak ma to miejsce w przypadku samców wielu gatunków poligamicznych; zdarza się przecież, że samice muszą chronić synów przed brutalnością ojców. Jeśli przyjąć za antropologami, że okres wielkich despotów to była raczej aberracja niż reguła i dopiero współcześnie osiagnęliśmy stan zbliżony naturalnym preferencjom, to warto przyjrzeć się skłonnościom współczesnych mężczyzn. Nie dążą do poligamii, jeśli już to do seryjnej monogamii lub do monogamii z licznymi zdradami.
    Tak to widzę.
    Aha – i wyjątkowo muszę zdjąć odpowiedzialność z chrześcijaństwa – w tym przypadku za obecnie praktykowaną monogamię. Przez stulecia harmonijnie współegzystowało ono z systemami poligamicznymi, a także z ukrytą poligamią prominentów chrześcijańskich, zresztą zasady tej religii traktowane są od zawsze cynicznie i wybiórczo, w zależności od potrzeb i klimatu politycznego.

  2. Wracając do uprawianej poligamii, zwłaszcza poligynii w pierwotnych społecznościach (plemionach), to mona wyznaczyć ciekawy trend. Prawdopodobieństwo poligamii rosło w społecznościach hierarchicznych, a malało w egalitarnych. Hierarchiczność z kolei wiąże się z koncentracją dóbr materialnych – a może raczej z niej wynika, zależy jak spojrzeć; to może być rodzaj sprzężenia zwrotnego. Możliwość gromadzenia bogactw przez nielicznych kosztem większości pojawiła się na większą skalę dopiero w chwili rozwoju rolnictwa, a więc i osadnictwa. I faktycznie – pierwsze protocywilizacje oparte na rolnictwie bodaj zawsze praktykowały poligamię.
    Dzisiejsze społeczeństwa w porównaniu do większości je poprzedzających wypada uznać za egalitarne, zwłaszcza w prawodawstwach demokratycznych. I tak się składa, że z małymi wyjątkami są one monogamiczne – zarówno społeczności, jak i ich prawodawstwa. Z tego punktu widzenia tak wiele się nie zmieniło.

    Mam jeszcze, jeśli pozwolisz, dwie drobne obiekcje do przemyconych w artykule opinii.
    1. Instynkt przetrwania uważasz za silniejszy od instynktu prokreacji.
    Jeśli mam być wierny teorii samolubnego genu, a zamierzam, to musi być odwrotnie. Takie zresztą wnioski możemy wysnuć z obserwacji przyrody. Samce wielu gatunków gotowe są poświęcić życie, aby tylko uprawiać seks. Seks, a w efekcie replikacja ma tu priorytet, nie przetrwanie – ono jest środkiem do celu, a nie celem samym w sobie. Zwróć uwagę, że dobór przestaje się nami, ludźmi zajmować i obchodzić po wykonaniu naszych zadań związanych z przekazaniem materiału genetycznego, oraz jego ochroną do momentu samodzielności. Po 50-tce komórki przestają się regenerować, nie jesteśmy już potrzebni. Przetrwanie tak, ale tylko do czasu i nie za wszelka cenę.
    W przypadku człowieka to nieintuicyjne. Wszak nikt nie z nas nie poświęca życia za numerek. Cóż, dzieje się tak dlatego, że perspektywa kolejnych aktów płciowych jest bardzo realna i prawdopodobna. Gdyby kontakty seksualne wśród ludzi były trudniejsze do zaaranżowania, jestem przekonany że presja selekcyjna na skłonność do wymiany życia za seks byłaby silniejsza. Oczywiście dotyczy to płci męskiej.

    2. Dziwi cię niechęć do posiadania dzieci. O ile w przypadku kobiet jest to dość skomplikowane i niełatwo jednoznacznie wyjaśnić ten fenomen, o tyle w przypadku mężczyzn zawsze tak było, jak sądzę. Samiec człowieka rozumnego nie jest wyposażony w instynkt tacierzyński, jak można by go nazwać. Oczywiście jest gotów chronić własne dzieci przed zagrożeniami zewnętrznymi, ale ta potrzeba pojawia się dopiero po narodzinach, kiedy w cielesnym opakowaniu zaczyna funkcjonować konkretny zestaw genów, co do których sądzi iż są tożsame z jego genami. Przed zapłodnieniem żaden instynkt skłaniający posiadania dzieci nie jest potrzebny. Wystarczy popęd seksualny, a reszta załatwi się sama. Natura nie mogła przewidzieć prezerwatyw.
    Powiedz mi, Aleksander, czy Ty odczuwałeś jakiś rodzaj instynktu? Ja nie, ale może jestem odmieńcem.
    Oczywiście można przytoczyć wiele historii o starożytnych i nie tylko władcach, którzy za wszelka cenę chcieli mieć potomka. Im jednak chodziło o przedłużenie sukcesji, o zachowanie materialnej spuścizny. Nie pragnęli ojcostwa, lecz dziedzica. Gdyby było inaczej, nie faworyzowali by tak bardzo potencjalnych synów kosztem potencjalnych córek.

  3. No to Rafale podyskutujemy, tylko od czego tu zacząć? Najlepiej od końca.
    Czy ja kiedyś odczuwałem instynkt? Oczywiście tak, odczuwam przez całe swoje życie, Są to sytuacje, w których nie ma czasu na zastanawianie się. Ostatni przykład – potknąłem się o wystającą płytę chodnikową i poleciałem na …; gdybym instynktownie nie zasłonił twarzy rękami, rozbiłbym sobie nos, a może i wybił zęby – niedołęstwo. Ręce jednak zamortyzowały upadek i tylko poobcierałem sobie dłonie. A oto jeden z najczęstszych przykładów oglądanych na meczach siatkarskich. Mocno uderzona piłka leci prosto w twarz zawodnika; on nie ma czasu na racjonalne rozważania co ma wtedy zrobić; instynktownie uchyla się albo zasłania twarz rękami; niestety nie zawsze zdąży.
    Przez całe życie wszyscy korzystamy z zachowań instynktownych, kiedy dzieje się coś, czego się nie spodziewaliśmy. A nawet jeżeli możemy się spodziewać, jak np. podczas ulicznej bójki, kiedy ludzie instynktownie uchylają się przed zadawanymi ciosami. Nie ma czasu na racjonalne myślenie, co ja powinienem teraz zrobić; wystarcza instynktowny odruch. Zastanawiam się, czy ludzkich popędów, w tym płciowego, nie należy również tłumaczyć zachowaniem instynktownym. I nie chodzi o to czy kiedyś władca chciał mieć potomka czy następcę tronu, choć bywało i tak. On chciał po prostu (i przede wszystkim) seksu. To nie jest nabyte czy wyuczone, to jest wrodzone. A że cesarz, car czy sułtan miał główną żonę (bo tak „trzeba”) i nałożnice, to tylko dowód na potrzebę rozbujanego seksu władcy, a nie życie rodzinne czy chęć posiadania dzieci. Przecież do tego wystarczyłaby jedna żona, którą „jeżeli trzeba” można wymienić na inną. Oczywiście, posiadania dzieci nie należy tłumaczyć instynktem macierzyńskim, tylko wrodzonym instynktownym popędem płciowym.

    Niechęć do posiadania dzieci mnie nie dziwi. Wyjaśnienie tego znajduję w niby „racjonalnym” przedkładaniu przez wielu ludzi wygody życia nad wielkim obciążeniem, jakim jest wychowanie dziecka. Może trochę tylko dziwi mnie, że dotyczy to m.in. ludzi materialnie bogatych, których stać na pomoc domową. Problem nieposiadania dzieci w społeczeństwach bogatych ma też drugą stronę medalu, najbardziej odczuwalną w Stanach Zjednoczonych (mniej w Europie). Lekarze amerykańscy biją na alarm w sprawie gwałtownego spadku żywotności męskich plemników na skutek zatrucia zanieczyszczeniami, głównie w żywności, ale także w powietrzu i wodzie. To na podstawie doniesień ze świata medycyny. Podobno w Europie mamy przepisy bardziej restrykcyjne, ale u nas idealnie w tej materii to na pewno też nie jest. Stany znane są jednak od dawna z niechęci do odejścia przemysłu od zatruwania ludzkich (i nie tylko ludzkich) organizmów. Przykładem szczególnym była długa walka z lobby przemysłowym o wyeliminowanie ołowiu z paliw, farb i rur wodociągowych. Lekarza, który pierwszy zwrócił uwagę na problem ołowiu, lobby przemysłowe długo wygrywało, a macierzysta uczelnia, University of Pensylvania, niemal wyklęła swojego profesora. Na szczęście, po wielu badaniach i wysiłkach wspomaganego przez prawników świata medycznego, lobby przemysłowe musiało ustąpić.

    A teraz przetrwanie. W chwili zagrożenia (nieważne głodowego, wojennego czy wypadkowego) walka człowieka o przetrwanie jest najważniejsza, i to „za wszelka cenę”. Wszystkie inne ważne potrzeby (i wymyślone „potrzeby”) przestają mieć racje bytu. Kiedy człowiek (i każde zwierze) nie walczy o przetrwanie może zająć się wszystkim innym. Piszesz „Samce wielu gatunków gotowe są poświęcić życie, aby tylko uprawiać seks” Nie! Są w stanie poświęcić wiele, ale nie życie. Jelenie na rykowisku walczą dopóki jeden z nich nie poczuje, że przegrywa; wtedy ustępuje. Czasem (bardzo rzadko) ginie od ran, gdy jednak byki nie mogą rozplątać poroża giną oba (bardzo rzadko). I to nie jest dowód, ze u nich seks jest ważniejszy niż życie, niż przetrwanie, a nawet unikanie uszczerbku na zdrowiu. Dla ochrony życia (potrzeby przetrwania) poroże byków jeleni zostało ewolucyjnie tak uformowane, żeby podczas walki nie dochodziło do tak drastycznych przypadków jak śmierć czy zranienie. Poza tym zbyt młode byki, mimo że nabuzowane hormonami, nie idą na zwarcie z władcą haremu. One przede wszystkim chcą żyć (czyli przetrwać), i tylko dlatego sprawę seksu potrafią odłożyć na później. Niedźwiedzie grizli dla seksu są gotowe zabić młode, którymi opiekuje się napotkana niedźwiedzica, ale kiedy niedźwiedzica w obronie swoich dzieci szarżuje, większy i silniejszy samiec zwykle ustępuje. I tu nawet nie chodzi o przetrwanie, a o coś „mniej ważnego”; o nienaruszoną cielesność. Nawet u dzikiego zwierzęcia seks nie może być na pierwszym miejscu, na pierwszym miejscu jest życie (czyli przetrwanie), a co dopiero u człowieka wyposażonego w dorobek kulturowy. No chyba, że człowiek okaże się psychicznym dewiantem. Niestety tace też są.
    No i czy człowiek z natury jest gatunkiem monogamicznym? Nie, liczne starożytne i nowożytne dowody wskazują przecież na to, że nie. Nadal twierdzę, ze monogamiczność wynika z rozwoju kulturowego Homo sapiens. Ale że kulturowo człowiek rozwijał się w różnych kierunkach, zatem i dzisiaj mamy zarówno monogamię jak i poligamię.

    „Samolubnym genem” (nadal mam tę książkę R. Dawkinsa) zachwyciłem się w blisko 50 lat temu. Przeszło mi. Chociaż w wielu aspektach nadal zgadzam się z przedstawionymi tam interpretacjami, biologia i genetyka poszła szybko dalej. Ale tytuł książki, jak powinien być dobry tytuł – jest mocny.

  4. Postanowiłem napisać odrębny artykuł omawiający relacje między chęcią przetrwania i dążeniem do reprodukcji. To zbyt istotny i złożony temat, aby wybrzmiał jedynie w komentarzach. Wkrótce taki artykuł powstanie i odniosę się w nim do Twoich przykładów. Zacytuje też fragmenty Twojego komentarza, aby zachować pewna kontynuacje naszej dyskusji.Tutaj natomiast ograniczam się do polemiki z rzekoma poligamiczną naturą człowieka.

    Piszesz o starożytnych i nowożytnych dowodach na poligamię, mając zapewne na myśli liczne społeczności pasterskie, rolnicze, a w znacznej mniejszym stopniu współczesne, zwłaszcza wywodzące się z odmiennych niż chrześcijański kręgów kulturowych. Tymczasem ludzie stali się rolnikami 10 tysięcy lat temu, a mieszkańcami wielkich aglomeracji jakiś tysiąc lat temu. W skali ewolucyjnej to mgnienie oka, nawet w ujęciu ewolucji człowieka to pomijalnie nieistotny fragment naszej historii. Należy zdecydowanie cofnąć się znacznie bardziej w dziejach, może nawet aż milion lat, aby znaleźć odpowiedź na nasze pytanie. Nie ma w tym zakresie jednomyślności, ale zdecydowana większość ewolucjonistów stoi na stanowisku, że wśród plejstoceńskich społeczności dominowała monogamia. Pokrótce dlatego, że system oparty na zbieractwie i łowiectwie nie dawał możliwości do gromadzenia bogactw – zarówno z powodu losowości zdobyczy jak i konieczności ciągłego przemieszczania się. Był stosunkowo egalitarny, normą było dzielenie się zdobyczą. Dopiero rozwój rolnictwa umożliwia wyodrębnienie się pojedynczych możnowładców, czy tez bogatych kast. Szacuje się, że w społecznościach przedrolniczych tylko około 15% mężczyzn miało więcej niż jedną żonę. Wcześniej obowiązywał na ogół model seryjnej monogamii przeplatanej oczywiście licznymi zdradami u obu stron.
    Ale oprócz przesłanek antropologiczno-arecheologicznych, że je tak nazwę, bodaj istotniejsze są te wynikające z analizy budowy genitaliów oraz specyfiki owulacji u kobiet. O tym pierwszym już wspominałem – jądra człowieka są zbyt duże, aby zaliczyć go do gatunku poligamicznego. Natomiast idealnie pasują do modelu monogamicznego z licznymi zdradami; w którym plemniki samca muszą rywalizować z plemnikami innych partnerów seksualnych danej samicy. O monogamii świadczy też ukryta owulacja u kobiety – sprawia ona, że mężczyzna nie jest w stanie określić momentu możliwości zajścia partnerki w ciążę. W społeczności poligamicznej taka potrzeba nie występuje. U gatunków ewidentnie poligamicznych samice bardzo rzadko zdradzają partnerów. Zdrada samic to domena gatunków monogamicznych – atrakcyjni partnerzy są na ogół zajęci, więc warto związać się z mniej atrakcyjnym genetycznie samcem i liczyć na pozyskanie lepszych genów na drodze zdrady. Oficjalny partner i tak uwierzy w ojcostwo i ew efekcie poświęci swoje zasoby na wychowywanie dzieci. Nota bene mężczyzna poświęca znacznej czasu swoim dzieciom, niż samce tych naczelnych, które uznawane są za poligamiczne.

  5. Aha, jeszcze o instynktach. Chyba się nie zrozumieliśmy. Nie twierdzę, że człowiek pozbawiony jest instynktów. Odwrotnie, posiada ich więcej, niż jakikolwiek inny gatunek. Pytałem Cię o ten jeden konkretny, w którego obecność powątpiewam. O odpowiednik instynktu macierzyńskiego u mężczyzny. Wnioskuję z Twoich sów, że się w tym względzie ze mną zgadasz, więc przynajmniej tutaj osiągnęliśmy konsensus.

Leave a Reply