Okołoewolucyjny misz-masz

Kilka przemyśleń związanych mniej lub bardziej ściśle z Teorią Ewolucji.

  1. Ewolucja nie jest przypadkowa. Na pozór to oczywiste, ale tylko na pozór. Gdyby choćby taki Fred Hoyle, skądinąd wybitny astrofizyk, miał tego świadomość, nie plótłby dyrdymałów o boeingu skleconym z przypadkowych części w wyniku huraganu, jako o analogii powstania, zmienności i różnorodności życia na Ziemi. Bo istnieje czynnik, który sprawia że ewolucja jest ewidentnie nieprzypadkowa – dobór naturalny. Przypadkowe są mutacje. Ich selekcja – nie
  2. Jednostką doboru naturalnego, którą nazywam podstawową jednostką życia, nie jest gatunek, ani nawet osobnik, taki jak choćby człowiek – jest nią gen. Osobnik to tylko powołane do funkcjonowania przez geny naczynie, nośnik, a nie żaden pępek świata. Ta uniwersalna prawda rodzi fundamentalne konsekwencje w odniesienie do hierarchii człowieka w naturze i jego rzekomej intencjonalnie nadanej wyjątkowości forsowanej przez idee filozoficzno-religijne. Jednocześnie pozwala zrozumieć wszelkie strategie, które z perspektywy dobra gatunku czy osobnika byłyby niewytłumaczalne. Jedynie powielaniem genów można w pełni zrozumieć poświęcenie mrówki na rzecz królowej, zaloty samca modliszki, nawet jeśli przyjdzie mu za to zapłacić głową, czy też zwyczaj mordowania małych lwiątek przez samce lwów, itp. Przestań myśleć, że cokolwiek w naturze dzieje się dla dobra gatunku, zwłaszcza że gatunek jako taki to nieprecyzyjne pojęcie, choć bardzo przydatne
  3. Determinizm genetyczny nie równa się przymusowi. Ani nieuchronności. Zrównanie determinizmu z fatalizmem jest błędem. Właściwie determinizm genetyczny należy traktować na tych samych zasadach, co każdy inny, choćby środowiskowy. Można mu ulec, ale to nie jest przesądzone. Jeśli masz „gen” alkoholizmu, to nie znaczy że musisz stać się wykolejeńcem i nałogowcem, choć twoje szanse na to są większe, niż przeciętnie. To samo dotyczy agresji, religijności, hipochondrii, itd. Tak naprawdę, dzięki elastyczności ludzkiej natury, nic nie jest przesądzone. Przeciwieństwem wolności jest przymus, nie determinizm. Samolubne geny nie wykluczają zatem ani wolnej woli, ani bezinteresowności
  4. Genetycznie uwarunkowane są nie tylko ciała, nie tylko fizjologia, ale i behawior. A co za tym idzie moralność jest wrodzona. Jest instynktem, tak samo jak gestykulacja, czy gramatyka. Wywodzi się z dwóch procesów ewolucyjnych zwanych doborem krewniaczym i altruizmem odwzajemnionym, wspartych wnioskami wypływającymi z Teorii Gier, a zwłaszcza z iteracyjnej gry w dylemat więźnia. Nie trzeba nam jakichkolwiek religijnych drogowskazów, ani świętych ksiąg, aby postępować moralnie
  5. Ewolucja nie dąży do coraz większej złożoności. Przykładem są wirusy i bakterie, a z organizmów wielokomórkowych chociażby osłonice i szkarłupnie (przodek rozgwiazdy posiadał mózg, rozgwiazda wtórnie go utraciła). Złożoność to tylko jedna z opcji – ani gorsza, ani lepsza od prostoty. Obie spełniają swoje zadanie powierzone im przez geny, a o konkretnym wyborze decyduje dobór naturalny. Tym niemniej rezultatem działania ewolucji jest właśnie ogólne zwiększenie złożoności
  6. Powszechnie uważa się, że ewolucję napędza rywalizacja o zasoby z osobnikami innych gatunków oraz zmienność warunków zewnętrznych (środowiskowych), do których należy się przystosować. To też – ale najistotniejszym bodźcem jest konkurencja między osobnikami tego samego gatunku
  7. Podział na płeć (lub płci – niektóre grzyby mogą ich mieć kilkadziesiąt) nie jest ani najefektywniejszym sposobem, ani koniecznym warunkiem do rozmnażania. Samce, a wiec i mężczyźni, przyczyniają się oczywiście do prokreacji, ale nie ona jest przyczyną ich wyewoluowania. Nadrzędną przyczyną pojawienia się płciowości jest ochrona przed pasożytami – także na poziomie genetycznym. My, faceci istniejemy głównie dlatego, że zmienność genetyczna jest gwarancją zdrowia, stanowimy polisę ubezpieczeniową. Kosztowną (aż połowa populacji nie może rodzić dzieci), ale opłacalną.
  8. Poligamia samców jest korzystniejsza dla samic. Widać to dokładnie na przykładzie gatunków haremowych, gdzie występuje w sposób niezawoalowany. Wszystkie samice znajdują partnerów, ale tylko garstka samców zdobywa w ciągu swego życia partnerki. Mimo to proporcja płci utrzymuje się na poziomie 50/50, jako strategia ewolucyjnie stabilna (SES opisał wybitny ewolucjonista John Maynard Smith). Człowiek jest gatunkiem monogamicznym z intensywną tendencją do zdrady – o czym świadczą stosunkowo duże jądra u mężczyzny i ukryta owulacja u kobiety
  9. Śmierć jako taka (w odróżnieniu od śmierci nagłej w wyniku uszkodzenia mechanicznego, ataku drapieżnika lub pasożyta) nie jest nieodłączną towarzyszką życia. Pojawiła się dopiero wraz z podziałem płciowym i wzrostem złożoności. Potencjalnie nieśmiertelne organizmy to te, które nie posiadają płci i są relatywnie proste, mało złożone – bakterie. Umieramy w zasadzie z dwóch powodów – ponieważ różnimy się płciowo i ponieważ oddychamy (tak, wolne rodniki zawarte w powietrzu są naszymi Nemezis, przed którymi nie ma ucieczki). To dopiero paradoks – musimy oddychać, aby żyć i jednocześnie musimy umrzeć, ponieważ oddychamy. Niektórzy genetycy za przyczynę starzenia się i w konsekwencji umierania obwiniają tzw. telomery (stale skracające się wraz z podziałami komórkowymi końcówki chromosomów) – jest to jednak kontrowersyjna hipoteza, która mnie akurat nie przekonuje
  10. Złożoność funkcjonalna genomu. To nie jest tak, jak zapewne wielu z nas sądzi, że za pojedynczą cechę „odpowiada” pojedynczy gen. Taka typowo mendlowska zależność, o której uczymy się w szkołach stanowi zdecydowana mniejszość zachodzącej ekspresji. Genom można przyrównać do mózgu – to sieć tysięcy genów wzajemnie zależnych od siebie, wchodzących w skomplikowane interakcje, które  z kolei zależą od innych międzygenowych interakcji. Na ogół za ekspresją danej cechy fenotypowej stoją dziesiątki, setki lub tysiące genów. I na odwrót – pojedynczy gen zwykle bierze udział w ekspresji rozmaitych, często bardzo różnych cech fenotypowych (tzw. plejotropia). I to nie liczba genów warunkuje fenotypową złożoność organizmu, jego zaawansowanie przystosowawcze, lecz właśnie sieć wzajemnych interakcji międzygenowych.  Człowiek ma stosunkowo niewielką liczbę genów (nieco ponad 20 000) co wiemy dzięki wdrożeniu tzw. Human Genome Project
  11. And the last, but not the least – biotechnologia. Inżynieria genetyczna, terapia genowa, modyfikacja genetyczna. To nasza przyszłość i nadzieja. Ich krytykowanie, spowalnianie ich rozwoju, irracjonalny opór przeciw nim są formą autodestrukcji. Obawy o etykę i bezpieczeństwo są bezpodstawne, a na pewno ogromnie przesadzone. W ciągu 40 lat eksperymentów inżynierii genetycznej nie zdarzył się żaden wypadek zagrażający środowisku bądź zdrowiu ludzi w stopniu większym niż błahy. Na przykład żywność modyfikowana genetycznie jest nie tylko trwalsza i tańsza, ale też bezpieczniejsza dla środowiska. A także dla ludzi – metoda jest bezpieczna na tyle, na ile bezpieczny jest gen, którym się posługuje. I to jest normalne. Wsypanie arszeniku do garnka spowoduje, że zupa będzie trująca, ale to nie oznacza, że wszelkie gotowanie jest niebezpieczne. Zresztą, stosowane nagminnie „ekologiczne” naświetlanie roślin promieniami gamma w celu wywołania mutacji także przecież jest formą modyfikacji genetycznej, tyle że przeprowadzanej na ślepo i losowo. A to samo można osiągnąć szybciej, taniej, precyzyjniej. Nie obawiaj się GMO
  12. I na koniec przypomnę słowa Theodosiusa Dobzhansky’ego, że nic w biologii nie ma sensu jeśli nie jest rozpatrywane w świetle teorii ewolucji

Na podstawie:

Nick Lane – Tlen
Matt Ridley – Czerwona Królowa
Ewolucja – Douglas J. Futuyma
Samolubny Gen – Richard Dawkins
Raj poprawiony – Lee Silver


Jeśli chciałabyś (chciałbyś) dodać do listy jakąś własną refleksję, opartą oczywiście na źródłach naukowych, z przyjemnością tę listę wydłużę.

20 thoughts on “Okołoewolucyjny misz-masz

  1. Cześć.Takie szybkie przemyslenie.Punkt 10.Przeczy calosci.Od razu dodam ze nie jestem wrogiem zywnosci midyfikowanej genetycznie ani inzynieri genetycznej.Ale jak bedziemy wtedy ewoluowac?Slabsze osobniki nie beda 'odpadaly”jak bedziemy sie bronic przed patogenami?Po co bedzie wtedy pierwotna rola genow?
    Wszyscy beda tak samo odporni ?Przeciez takie ulepszanie-w przyszlosci-predystunuje slabsze osobniki podatne na choroby i ze „slabymi” genami itd do dalszego rozwoju.Brak selekcji.
    I mozna idc dalej w ta strone.
    Nie ma zagrozen z inzynieria genetyczna?
    Moze w ciagu 40lat nie wydarzyl sie zaden wypadek z inzynieria genetyczna bo wlasnie caly swiat to hamuje jest czujny i wszyscy patrza wszystkim na rece?
    To jak mandat nie ma tylu wypadkow bo u czesci osob panuje strach orzed kara to jak profilaktyka.
    I wcale nie neguje tego co napisales chce tylko przedstawic jak moze to wygladac z innej strony.
    Sorki za bledy ale brak czasu i pisane w biegu.

  2. Marku, od razu powiem, że tego typu obawy są całkowicie płonne. Przynajmniej na chwilę obecną i najbliższe myślę co najmniej kilka pokoleń – czyli do czasu, gdy lepiej poznamy wszystkie niuanse translacji, czyli sposobu w jaki informacja jest przetwarzana na konkretne białko – inaczej mówiąc w jaki sposób genotyp przekłada się na fenotyp. Tylko skromny ułamek cech fenotypowych jest efektem działania pojedynczego genu, w tym niektóre choroby genetyczne. Za zdecydowaną większością z nich stoją złożone interakcje dziesiątek, setek lub nawet tysięcy genów. Póki co nie znamy szczegółów tych interakcji, nie rozumiemy ich. Zatem inżynieria genetyczna na aktualnym etapie rozwoju skupia się na wymianie pojedynczych genów i wymianie/dodawaniu/usuwaniu nikłej części z nich. Nauka ledwie napoczyna genomy, że to ujmę może nieelegancko, ale obrazowo. Zatem dobór naturalny wciąż ma niczym nie zmącone, ogromne pole działania. A nie zapominajmy, że sama istota dziedziczenia znacznie utrudnia usuwanie z populacji cech niepożądanych (choćby ze względu na co najmniej diploidalność wielu organizmów). To dlatego wszelkie strategie eugeniczne mające na celu poprawę jakości genetycznej społeczeństw poprzez izolację i sterylizacje jednostek uznanych za wadliwe były zwyczajnie głupie i nieskuteczne, poza tym że były okrutne i nieetyczne.
    Masz rację, że produkty GMO są obejmowane wyjątkowo drobiazgową, restrykcyjną i szczegółową kontrolą. Jak żaden inny produkt modyfikacji genetycznej, których masz pełno wokół – w tym twoje ubrania i większość żywności (także tej nazywanej ekologiczną), żeby wymienić choćby truskawki, grejpfruty czy banany. Restrykcyjność tych badań wynika zarówno z zapobiegliwości i ostrożności projektantów, czyli naukowców, jak i z surowych aktów prawnych, którymi GMO jest objęta w większości krajów, jeśli nie we wszystkich. Ale czy to ma być argument przeciw? Raczej za.
    Mimo tych obostrzeń zdecydowana większość poprawek genetycznych zostaje zaakceptowana. A dodajmy, że ratują one zdrowie i życie – ot, choćby ogólnie i łatwo dostępna insulina stanowi modelowy przykład modyfikacji genetycznej. To ludzka insulina wytwarzana przez zmodyfikowane bakterie.

  3. Od razu odpisze ze to nie obawy .Ja zarysowalem jak mozna to widziec i postrzegac przez spoleczenstwo i argumentacja jest niedostateczna.
    Ja nie mam obiekcji przed GMO i inzyniera genetyczna pisze tylko w szerszym kontekscie jak bym postrzegal to z roznych stron.
    Nie wiem czy dobor naturalny ma dalej szerokie pole do dzialania gdy cukrzyca jest choroba genetyczna i piszesz o insulinie gdzie na masowa skale sa uzuwane antybiotyki ,takie czynniki mozna wymieniac bez konca a piszesz o nastepnych kilkudzisieciu latach czyli dojdzie ich jeszcze wiecej.Klocil bym sie z tym.
    I znowu nie jestem wrogiem szczepien ani antybiotykow.
    Po prostu jestem ciekaw twoich argumentow.
    Punkt 1 i pierwsze zdanie ewolicja nie jest przypadkowa… W takim razie czemu jej pomagac i czemu inzynieria genetyczna musi byc nasza nadzieja ?
    Punkt 2 jesli jestesmy tylko opakowaniem na geny i odnosze wrazenie ze cie to satysfakcjonuje lolejny raz zapytam czemu inzynieria genetyczna jest nasza nadzieja ?Z jednej dtrony dajesz do zrozumienia ze nie jestesmy niczym szczegolnym niczym lepszym od mrowki i rozumiesz jej poswiecenie wzgledem doboru naturalnego ale z drugiej strony widzisz nadzieje na leczenie chorob genetycznych itd . i zrownujesz nasze opakowanie na geny i zawartosc z nizszym organizmem ale tu juz dopuszczasz pomoc np. Inzynieri genetycznej.
    Jest sporo takich niescislosci.

  4. Nie rozumiem Cię trochę, a Ty w ogóle nie rozumiesz mnie. Nie chodzi o pomaganie ewolucji, lecz sobie samym. Jeśli mamy stawić czoło nadchodzącym trudnościom związanym ze zmianami klimatycznymi i wzrastającymi populacjami – czyli m.in. problemom żywnościowym – to dzięki żywności modyfikowanej genetycznie. Jeśli zamierzamy kiedyś uporać się z nieuleczalnymi dziś chorobami genetycznymi (i nie tylko) – inżynieria genetyczna pozwoli na projektowanie zarodków pozbawione wadliwych genów. Jeśli planujemy znacząco wydłużyć i poprawić jakościowo nasze życia – to dzięki technologiom genetycznym, tym już znanym i tym, na które dopiero przyjdzie kolej. Nawet realizacja wizji eksploatacji i eksploracji innych światów będzie potrzebowała osiągnięć genetyków. Gdzie w tych działaniach widzisz pomaganie ewolucji, cokolwiek to znaczy?
    I w ogóle chyba nadajemy na innych falach, a może to ja piszę niezrozumiale, bo wyciągasz wnioski, których nie miały być zawarte w moich słowach. Pod wieloma względami jesteśmy wyjątkowi i tego nie neguję. Posiadamy zaawansowaną samoświadomość, zaawansowana moralność, wiedzę o tym, ze umrzemy, unikalne zdolności intelektualne, itd. Co nie zmienia faktu, że geneza tego wszystkiego jest analogiczna jak u geneza wymienionej przez Ciebie mrówki. W ostatecznym rozrachunku wszystkie organizmy na ziemi istnieją zaprojektowane przez ewolucję i funkcjonują po to, aby powielać geny, które je projektują. Cała reszta – cywilizacja, kultura, religie, sztuka, nawet nauka – to tylko otoczka. Cenna i wartościowa, często satysfakcjonująca – ale otoczka. To mam na myśli, kiedy piszę o organizmie jako nośniku a nie podmiocie.

  5. Rafal.Doskonale rozumiem co piszesz i chcesz powiedziec.
    Projektowanie zarodkow pozbawionych wadliwych genow?Jak daleko siegnie ta ingerencja i po co sa wadliwe geny w calej populacji ?
    Czy takie geny niczemu nie sluza?
    Pomagajac sobie samym nie wplywamy na ewolucje i nie pomagamy jej?
    Co do przyrownania do mrowki zrownujesz ja z czlowiekiem i nie negujesz potrzeby jej smierci dla reszty jej gatunku ale potem piszesz ze jednak nadzieja jest w inzynieri genetycznej.
    Dalej piszesz zecwszystkie organizmy funkcjonuja po to zeby powielac geny w takim razie jesli bedziemy projektowac zarodki odbierzemy nadrzedna role jaka pelnia?Jakie geny beda powielac wtedy?
    I kolejny raz powtarzam nie jestem przeciw inzynieri genetycznej.Przeciw genetyce.Ja jestem ciekaw jak to zargumentujesz.
    Kazdy kto pisze jakis glebszy tekst stawia sobie rozne pytania i stara sie rozwazyc i omowic wszystkie mozliwe sytuacje.Rozwiac wstpliwosci lub je mnozyc zadajac pytania i kazac myslec.
    To zwykla dyskusja.Nigdy nie siadales z kolega lub kolegami i nie probowales dyskutowac i obalac czyjes argumenty stawiajac sie na miejscu antagonisty -choc nim nie byles-wczuc sie w role tej drugiej syrony jak moze sie zapatrywac na dana rzecz?Jakie sa slabe punkty mojego rozumowznia co mozna podwazyc?
    Popieram wiekszosc rzeczy o ktorych tu piszesz .Tylko z toba dyskutowalem.

  6. Po co są wadliwe geny to źle postawione pytanie. Niepożądane geny powstają w wyniku rzecz jasna mutacji. Nie mogą być wyeliminowane przez dobór, jeśli są genami recesywnymi. Dopiero kiedy oboje rodziców jest ich nosicielami u dziecka może pojawić się efekt fenotypowy w postaci choroby – jeśli obie kopie będą wadliwe (zarówno ta od ojca, jak i ta od matki). Wtedy taki gen jest letalny i dobór zadziała – nosiciel nie przekaże go potomkowi, umrze. Ale wiele innych dzieci otrzyma tylko jedną kopię wadliwego genu (nawet jeśli oboje z rodziców są nosicielami) i dobór tego nie wykryje. Przekaże ten allel następnemu pokoleniu. Dlatego wciąż rodzą się ludzie z mukowiscydozą czy chorobą Huntingtona. Taką wadę można łatwo wykryć i usunąć wadliwy gen lub go zastąpić – na szczęście wiele chorób genetycznych to choroby jednogenowe, o czym pisałem wcześniej. Dzięki temu już przy współczesnej wiedzy i obecnych możliwościach możemy im zapobiec. Teoretycznie, ponieważ ustawodawcy większości krajów zakazują manipulacji genetycznych na człowieku, nawet jeśli to jego zapowiedź, czyli zarodek. W zasadzie taką możliwość istnieje jedynie przy zabiegach in vitro, a i to zapewne nie wszędzie, jak sądzę.
    Pytasz jak daleko posunie się projektowanie zarodków. Osobiście jestem przekonany, że tak daleko jak tylko będziemy potrafili. I to wbrew silnym protestom szeroko rozumianych środowisk konserwatywnych. Tak uczy historia. Nowe osiągnięcia zawsze spotykają się z oporem części społeczeństwa, lecz ten opór zawsze zostaje przełamany, czy to się komuś podoba czy nie. Wygląda na to, że jeśli coś możemy zrobić, to po prostu to robimy. Przyjdzie czas, gdy przyjdziesz do kliniki, wybierzesz sobie płeć dziecka, kolor jego oczu i włosów, wzrost (za wzrost odpowiada około 200 współdziałających ze sobą genów, więc minie dużo czasu, zanim się tego nauczymy), a także cechy motoryczne, odporność na choroby, a zapewne i inteligencję. Oczywiście, jeśli będzie cię na to stać. To nie stanie się jutro, ani za 10 lat. Może nawet nie za 100 – ale kiedyś na pewno.

    Dojdzie do sytuacji, gdy częściowo zniwelujemy działanie doboru, ale przecież tak robimy od dawna, tylko na mniejszą skalę. Nosimy okulary i aparaty słuchowe. Przeprowadzamy transplantacje. Stosujemy szczepionki. Itd, itp. Dopóki jednak będziemy przekazywać nasze geny następnym pokoleniom, pozostaniemy ich maszynami przetrwania

  7. Czytając tekst i posty jestem skłonny stanąć po stronie MA w sprawie interpretacji wyjściowego tekstu avidala.
    Zachwyt inżynierią genetyczną jest zdecydowanie przedwczesny i na pewno nie będzie ona bolączką na genetyczne problemy ludzkości, co najwyżej bogatszej części populacji. Jeśli w ogóle.
    Możliwości GMO są ogromne, ale z tą technologią jest jak z nożem. Może służyć do krojenia chleba, ale i do poderżnięcia gardła. Nie ma problemu gdy wstawiamy gen dzięki któremu jakiś organizm będzie produkował lek (szczególnie w zamkniętych laboratoriach), ale na przykład dodawanie genów do zbóż czy innych roślin uprawnych, dzięki którym będą one odporne na wirusy czy toksyczne dla „szkodników” niesie trudne do przewidzenia konsekwencje. Istnieje coś takiego jak transfer poziomy i jeśli taki gen przeniesie się do natury może to mieć ogromne konsekwencje dając danemu gatunkowi ogromną przewagę konkurencyjną (np. odporność na takie czy inne wirusy). Albo spowoduje wyginięcie organizmów żerujących na tym gatunku. Na razie to chyba tylko teoria, ale rozwój technologii postępuje szybko. Co więcej przepisy nawet fantastyczne to tylko teoria, a praktyka szczególnie w części krajów będzie jaka będzie.

    Terapie genowe a szczególnie projektowanie zarodków to w ogóle szaleństwo w dłuższej perspektywie. Oczywiście to wspaniałe pod względem etycznym, czy poznawczym, ale ekonomicznie to ślepa uliczka. Koszty „wyprodukowania” w pełni zdrowego zarodka (bo jeden czy dwa geny to się da wymienić) będą kosmiczne, a skutki nieprzewidywalne ze względu na współdziałanie niealleliczne i zależności epigenetyczne.

    Co więcej postęp nauki i rozwój medycyny ratuje miliony ludzi przed cierpieniem, dał szansę milionom noworodków, które by nie przeżyły (np. wcześniaki), ale efekt ostateczny może być daleki od egalitarystycznych założeń, bo raczej nie da się leczyć wszystkich potrzebujących terapiami za miliony złotych czy euro. Co więcej jest ciekaw na ile istnieje korelacja (odwrotna) pomiędzy rozwojem medycyny w danym kraju a problemami par z posiadaniem dzieci.Zdaje mi się, że problem in vitro rozpoczął się wraz z wejściem w dorosłe życie fali wcześniaków. Mówię o problemach strasznych dla jednostek, ale samolubnego genu to nie interesuje.

    Jakiś czas temu słuchałem w radiu gdzie ekonomiści naśmiewali się z ludzi którzy boją się o skutki używania sztucznej inteligencji. Przyrównał ich ktoś do ludzi którzy przed rewolucją przemysłową wieszczyli, że maszyna parowa zniszczy świat…

  8. Te zagrożenia są realne, ale zapominasz o jednym. Dotyczą one w równym stopniu także zbóż otrzymanych ślepo sterowaną inżynierią genetyczną. Ot, taka pszenica to efekt niekontrolowanej modyfikacji genetycznej – powstała z transferu międzygatunkowego genów 3 różnych traw. W naturze pszenica nie występowała. Czy to znaczy, ze jest bezpieczniejsza od GMO tylko dlatego, że nie została zaprojektowana w laboratorium genetycznym, lecz metodą prób i błędów nie do końca wiadomo gdzie? Transfer poziomy genów dotyczy organizmów prostych, głównie bakterii i zachodzi od miliardów lat. To nie jest jakieś nowe zagrożenie, które pojawia się wraz z rozwojem genetyki, obecne jest od zawsze. Tak, nie można powiedzieć, że produkowanie żywności GMO jest całkowicie bezpieczne, niewątpliwie. Ale to samo dotyczy w bodaj jeszcze większym stopniu tzw. żywności ekologicznej. Pamiętasz może jak kilka lat temu doszło do zbiorowych zatruć w Niemczech. Okazało się, że to kiełki ze stuprocentowo ekologicznej uprawy z Hiszpanii (jeśli dobrze pamiętam) zawierały toksyczne bakterie kałowe. Oczywiście dla wielu winna była żywność GMO – i wciąż jest, bo jak zwykle doszukują się przekłamań i spisków.
    Co do metody masz rację, sam o tym pisałem. Metoda to tylko metoda – może być użyta dobrze lub źle. Ale to nie może być kontrargumentem, wręcz przeciwnie.

    Idealny, egalitarny i sprawiedliwy świat to oczywiście mrzonki. Już dziś dostęp do medycyny jest uzależniony od zasobów finansowych i pozycji społecznej. A także dostęp do edukacji, do dobrze płatnych nisz zawodowych i zapewne do innych jeszcze dziedzin życia. W szerszej perspektywie to bez znaczenia. Ci, którzy będą mogli sobie pozwolić na korzystanie z innowacji nie będą czekać na resztę, lecz z niej skorzystają. Tak było i tak będzie. Koszty będą horrendalne, ale z czasem coraz mniejsze. Elity są uprzywilejowane, ale tez przecierają szlaki.

  9. Może warto wyjaśnić, ze transfer poziomy genów polega na przekazywaniu genów innym osobnikom z danej populacji – geny nie są więc w tym przypadku dziedziczone z pokolenia na pokolenie (np. poprzez rozmnażanie płciowe).

  10. Transfer poziomy genów w przypadku wyższych organizmów jest możliwy właśnie via wirusy. Szczególnym problemem jest to, że geny wstawia się w specyficzne miejsca najczęściej przy pomocy wirusów lub pochodnych ich materiału genetycznego. To są gorące miejsca rozpoznawalne nie tylko przez te wirusy „oswojone”, więc łatwiej to wyciąć niż z pozostałej części genomu..
    Jasne, że mutacje i zmiany zachodzą w całym świecie przy okazji produkcji gamet i nie tylko, a zupełnie nowe zestawy cech powstają przy krzyżówkach dość odległych linii ewolucyjnych (jak w przypadku zbóż). Jednak najczęściej są to zmiany niewielkie, stopień toksyczności rośliny zmienia się stopniowo, produkcja danego związku staje się coraz bardziej efektywna. Współżyjące organizmy mają czas na dostosowanie się do tego itd. (to zresztą właśnie Czerwona Królowa w praktyce). W GMO bierzemy produkt milionów lat ewolucji i aplikujemy go wiedząc, że zadziała tak jak chcemy, tu i teraz.
    Ja nie mam nic przeciwko GMO jako takiej i wiem, że nie ma podstaw do obaw jedząc takie produkty, co bez problemu czynię, bo żadne DNA nie „wczepi się” do mojego, ani moich dzieci. Podobnie ze szczepionkami to bzdury. Skutki dla środowiska nie są już tak oczywiste i w pełni bezpieczne jak mogłoby się pozornie wydawać. Doświadczenie ludzkości wskazuje, że problemy wychodzą po latach. Jak genialne było DDT? Chemicy pokazywali, że można to jeść łyżeczkami i nic się z człowiekiem nie dzieje.Ile azbestu leży jeszcze na dachach? No owszem arsen, ale nikt nie będzie żarł dachówek, myślano.

    Żywność ekologiczna to modny produkt marketingowy, bo trzeba by tą żywność produkować w izolowanej atmosferze i spreparowanej glebie, więc nie ma co o niej mówić.

    Na elity muszą jednak pracować biedacy, więc ci muszą być choć elementarnie zdrowi, żeby swoją niewolniczą pańszczyznę odrobić. Muszą też się jakoś mnożyć. Degeneracja elit zachodziła zawsze, ale co jakiś czas jakiś kamerdyner zapłodnił hrabiankę i ród się trzymał. Teraz będzie ich stać na terapię genetyczną. Natomiast w tej chwili grozi degeneracja genetyczna „ludu”, którego nie da się już tak łatwo okiełznać w sprawach zasadniczych (chęć posiadania dzieci), a ignorowanie tego może doprowadzić do rewolucji. Koszty leczenia będą przeogromne i rozłożą ekonomię najbogatszych krajów. Taka to cholerna przewrotność historii, rozwoju czy ewolucji :-), że nie da się przewidzieć końca. Ślepą uliczką poszły nie tylko dinozaury i mamuty. Znajdujemy się w kluczowym miejscu ewolucji ludzkości (czego nie można było powiedzieć 20 czy 30 lat temu) i naprawdę wiele zależy od tego na co się zdecydujemy jako ludzkość. Ja, choć to zabrzmi okrutnie, stawiałbym na rzadko wspomagany sztucznie dobór naturalny, który jest nie tylko tańszy, ale sprawdzał się od milionów lat od czasów, gdy zeszliśmy z drzew i na sawannie dawaliśmy sobie gołymi rękami radę z lwami, hienami i lampartami. Obawiam się, że świat pójdzie w zupełnie inną stronę i za 100 lat nie będzie co zbierać

  11. Obecnie coraz częściej stosowaną metodą w inżynierii genetycznej, w tym w terapii genowej, jest tzw. redagowanie (edytowanie) genomu. Używa się do tego enzymu, białka cas9, który tnie dany kodon w precyzyjnie wybranym miejscu. Komórka próbuje naprawić uszkodzenie i wstawia w to miejsce fragment DNA, który jej się dostarczy – w przeciwnym razie używa już dostępnych środków, na przykład kopii zapasowej danego genu (allela). Nie wiem, czy używa się do tego wirusów, ale znowu – to bez znaczenia w kontekście bezpieczeństwa. Transferowane geny (jeśli pochodzą od bakterii, które stosują poziomy transfer genów) i tak są obecne wszędzie wokół w glebie, w której mnóstwo bakterii występuje, czy tez w innych substratach. Jeśli miałoby dojść do nazwijmy to genetycznego zanieczyszczenia, to o wiele bardziej prawdopodobne, że odbędzie się to droga naturalną. DNA w naszych komórkach stale paka i stale jest naprawiane. Zdecydowana większość roślin zawiera geny bakterii, które niejako zainfekowały ich genom poprzez horyzontalny transfer genów. To się dzieje cały czas i naprawdę nie trzeba do tego GMO.
    Nie wiem, co masz na myśli pisząc, ze akurat teraz nasza ewolucja znajduje się w kluczowym miejscu – myślę, ze ocena zależy od perspektywy i równie dobrze można tę opinie odnieść do dowolnego okresu naszej ewolucji. I nie bardzo wiem, w jaki sposób za ewentualne problemy świata obarczać wina akurat rozwój nauki, takiej czy innej. Ona przynosi możliwości, które można wykorzystać dobrze (jak to zwykle bywa) lub źle (technologia ukierunkowana na ludobójstwo). O czym zresztą już pisalismy.

  12. Przepraszam za nieprecyzyjne sformułowanie odnośnie kluczowego miejsca ewolucji. Nie miałem na myśli ewolucji w sensie darwinowskim, ale kluczowy moment historii współczesnego człowieka. Po raz pierwszy mamy realny problem z klimatem i technologie oraz środki, żeby się skutecznie samounicestwić. I co gorsza wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że pójdziemy w złym kierunku. Już teraz zamiast kombinować jak coraz bardziej ograniczać emisje, coraz większe poparcie uzyskują pomysły regulacji dopływu promieni słonecznych na Ziemię.

  13. Katastrofy klimatycznej prawdopodobnie już się nie da zatrzymać. Cóż, sami sobie zgotowaliśmy ten los, choć to marne pocieszenie. Jeśli w ogóle jakieś.

  14. Nie do końca rozumiem punkt 8. Poligamia jest korzystniejsza dla samic – zawsze wydawało mi się, że jednak częściej dla samców, tzn. dla samicy korzystniej jest się skojarzyć raz, a dla samca im więcej, tym lepiej. Wynika to z tego, że samica zazwyczaj mimo kolejnych kopulacji więcej dzieci mieć nie będzie (bo ogranicza ją np możliwość produkcji jaj), a samiec z każdą kopulacją (z inną samicą) ma szanse na większą liczbę potomstwa. Oczywiście sprawa jest bardziej złożona, bo czasem role się odwracają (np. u ptaków, u których to samiec bierze na siebie ciężar opieki nad potomstwem), a wielokrotne kopulacje mogą być korzystne również z innych powodów niż zwiększanie liczby potomstwa. Ale jednak wydaje mi się, że częściej to samice są płcią, której opłaca się monogamia.

  15. Tak, to co napisałem jest nieintuicyjne. Miedzy innymi dlatego ten temat poruszyłem – bo główna teza podważa przyjęty schemat myślowy. Z jakiegoś powodu niektóre osoby, ale też i całe ruchy społeczne skoncentrowane wokół tej czy innej idei mają lub miewały kłopot z zaakceptowaniem zawartej w nim tezy. protesty pojawiły się choćby ze strony feministek. Sam jestem zdecydowanym feministą, dla jasności.
    Ich obawy płyną zapewne z bagażu historycznego. Większość patriarchalnych w strukturze kultur była otwarcie poliginiczna. Czy to były kultury pasterskie, zbieracko-łowieckie czy rolnicze mężczyźni o wysokiej hierarchii „mieli” znacznie więcej kobiet, niż inni. Przy czym warto zauważyć, że zwykle to kobiety wykonywały wyboru. W ekstremalnych sytuacjach dochodziło do powstawania haremów – harem pierwszego cesarza Chin składał się z 5 tysięcy kobiet.
    Odpowiadając już konkretnie na Twoje pytanie – zauważ, że nie napisałem, że monogamia jest dla kobiet (żeby już pozostać przy człowieku) niekorzystna, czy też korzystniejsza od poligamii. Jedno nie wynika z drugiego. Ale jeśli już poligamia występuje, to lepiej wychodzą na niej kobiety. Poligamia jest niejako wynikiem rywalizacji między mniej i bardziej atrakcyjnymi mężczyznami – atrakcyjnymi nie tyle fizycznie, co inwestycyjnie. Bo takich wolą kobiety i w takich łatwiej się zakochują. Bogactwo i wysoki status są równie silnymi afrodyzjakami, co uroda czy poczucie humoru – z tego punktu widzenia insynuowanie wyrachowania tym wszystkim kobietom, które wybierają bogatych, ale znacznie starszych, czy też nieurodziwych partnerów staje się nieuzasadnione. One naprawdę są na ogół zakochane, choć trudno w to uwierzyć.
    W interesie samicy leży, aby opiekun jej potomstwa posiadał środki umożliwiające opiekę na jej dziećmi. Szuka więc stałego partnera o wysokiej inwestycyjności. Partner nie musi wcale być biologicznym ojcem jej dzieci, choć dobrze by było, aby w to wierzył. W interesie mężczyzny leży zapłodnić jak najwięcej kobiet. W systemach poliginicznych jakaś grupa samców osiąga ten cel, ale cała reszta nie. Przykład – u słoni morskich dominujący samiec odbywa nawet 80% wszystkich kopulacji w danej mikropopulacji. Cała reszta obywa pojedyncze stosunki lub nie odbywa ich wcale – gdzie tu korzyść?

    Nie wiem, czy satysfakcjonująco odpowiedziałem na to pytanie. Jeśli nie, spróbuję ponownie.

  16. Główny problem może leżeć w tym, że ja stwierdzenie, że poligamia jest korzystna dla kobiet, rozumiem tak, że jest dla nich korzystne bycie poligamicznymi 🙂 Zwróć uwagę, że w haremach to mężczyźni są poligamiczni, kobiety mają raczej jednego partnera.
    Druga sprawa, to rozróżnienie,czy mówimy o samicach ogólnie, czy tylko o kobietach – w przypadku samic wielu innych gatunków, znaczenie mają wyłącznie geny, bo samiec i tak w opiekę angażował się nie będzie, niezależnie od posiadanych „środków”.
    A co do meritum, to sukces różni się mocno w zależności od tego, jakiej jakości jest samiec. Jeśli jest świetny, to zapewne w poligynicznej populacji osiągnie o wiele większy sukces niż najświetniejsza samica (bo ją ogranicza nie liczba kopulacji, ale liczba możliwych do wyprodukowania jaj czy możliwych do wychowania dzieci), jeśli gorszy – to tak jak piszesz. Na tym się opiera hipoteza Triversa i Willarda, zgodnie z którym matce opłaca się inwestować w świetnych synów i przeciętne córki – bo sukces reprodukcyjny samic jest mniej zmienny i zależny od ich jakości niż sukces samców.

    • Studiowałam biologię na UJ, studiując w Instytucie Nauk o Środowisku nie sposób było nie słyszeć o Triversie 😉

  17. Justyna, pozwolisz że pod wpływem Twoich słusznych zastrzeżeń zmodyfikuje nieco punkt 8 i doprecyzuję, że poligamia samców (a nie jako taka) jest korzystna dla samic

    • Ależ czyń, jak uważasz za stosowne 🙂 Do tego stwierdzenia też bym miała swoje zastrzeżenia (bo nie wiem, czy poligamia samców jest dla samic taka korzystna – jeśli samiec dokłada się do opieki, to lepiej by samica na tym wyszła, gdyby partner inwestował tylko w nią; jeśli nie – to raczej jest jej obojętne, ewentualnie ma tę korzyść, że ma szansę dostać geny od super samca nawet jeśli ona sama nie jest super – bo samiec może zapłodnić i samice lepsze, i gorsze – ale z trzeciej strony, większe ryzyko np zarażenia jakąś chorobą, jeśli samiec ma dużo partnerek. Więc nie jest to takie oczywiste). Wydaje mi się – ale mogę nie mieć racji – że to, co chcesz powiedzieć, to że w warunkach poligamii sukces rozrodczy samic jest bardziej wyrównany niż samców, tzn wszystkie samice będą mniej lub bardziej „na równi”, nie będzie wielkich przegranych ani spektakularych zwycięzców. Z kolei samce w tych warunkach mogą mieć potomstwa mnóstwo albo nie mieć go wcale.

Leave a Reply