In the forests of the night;
What immortal hand or eye,
Could frame thy fearful symmetry?
In what distant deeps or skies
Burnt the fire of thine eyes?
On what wings dare he aspire?
What the hand, dare seize the fire? […]
When the stars threw down their spears
And water’d heaven with their tears
Did he smile his work to see?
Did he who made the Lamb make thee?
William Blake
Jakiemuż nieziemskiemu oku
Przyśniło się, że noc rozświetli
Skupiona groza twej symetrii?
Jakaż to otchłań nieb odległa
Ogień w źrenicach twych zażegła?
Czyje to skrzydła, czyje dłonie
Wznieciły to, co w tobie płonie? […]
Gdy rój gwiazd ciskał swe włócznie
Na ziemię, łzami wilżąc jutrznię,
Czy się swym dziełem Ten nie strwożył,
Kto Jagnię lecz i ciebie stworzył?
W przekładzie Stanisława Barańczaka
Zło pośród nas, wszechobecne. Cierpienie wszędzie wokół dotyka winnych i niewinnych. Jak je pogodzić z wszechmocą i nieskończoną dobrocią stwórcy? Wyjaśnienia dociekali zwyczajni ludzie, poeci jak William Blake, rozmaici uczeni i przede wszystkim apologeci. Powstała odrębna gałąź apologetyki zwana teodyceą. Podstawowym i w praktyce jedynym uzasadnieniem powstania teodycei stała się konieczność rozumowej obrony dobrego imienia boga. Wyzwanie okazało się być karkołomne. I choć wykonania zadania podjęli się uznani teolodzy i filozofowie na czele z Leibnitzem, po dziś dzień teodycea nie wypracowała przekonującego i sensownego stanowiska pozwalającego zaakceptować paradoks tygrysa pożerającego jagnię w świecie wykreowanym z boskiej woli. Linia obrony rozwidla się na kilka podstawowych odnóg – żadna z nich nie jest w stanie przekonać bezstronnego sędziego do ułaskawienia oskarżonego. Wygląda na to, że samozwańczy boscy adwokaci zawiedli – cóż, czyż mogło być inaczej? Choćby stawali na głowie nie zmienią prostego faktu – dobrym ludziom i niewinnym nie ludziom od zarania dziejów zdarzają złe rzeczy, bez względu na gatunek, wiek, płeć, poziom świadomości, przymioty charakteru czy bogobojność: choroby, ból fizyczny i psychiczny, tortury, śmierć tych których kochają, pożeranie żywcem. W apologetycznym amoku udało się spłodzić co następuje:
- to nie Bóg winien, to Szatan
- świat doczesny musi być nieidealny, aby wieczna dusza doceniła zaświaty
- cierpienie zbliża do Boga (wyjątkowo odrażająca postawa, z której słynęła potworzyca Teresa z Kalkuty (a właściwie powinienem był napisać z Kolkaty) – nota bene kościół katolicki hołduje specyficznej zasadzie, że im bardziej podłe życie prowadzisz, im więcej krzywdy przysporzysz, im większym jesteś zwyrolem i kanalią, a w najlepszym przypadku obłąkańcem – tym większa szansa, że zostaniesz kanonizowany; wystarczy prześledzić żywoty świętych
- to nie Bóg jest odpowiedzialny, tylko człowiek obdarowany wolną wolą
- zło jako konsekwencja grzechu
- jesteśmy za głupi, aby móc pojąć boski zamysł
- boska miłość nie dotyczy zwierząt jako istot nierozumnych i pozbawionych duszy
Ciekawe, jak zastosować te mądrości w odniesieniu do 796 dzieci zaniedbanych, zamęczonych, zagłodzonych, a pisząc wprost zamordowanych przez irlandzkie zakonnice w latach 1925-61. Ciała dzieci siostrzyczki wrzucały do betonowego silosu na gnojówkę.
Jak przejść do porządku dziennego nad losem tysięcy torturowanych indiańskich dzieciaków, których kości znaleziono w licznych kanadyjskich przytułkach prowadzonych przez inne zakonnice przepełnione miłosierdziem.
Jak zaakceptować pedofilię? Tutaj chyba jakiś sposób istnieje – wszak ewidentnie niektórym się to udaje.
Jak zrozumieć katastrofy naturalne.
Jak pojąć bestialstwo gatunku Homo sapiens, który nie dość że od zawsze upaja się zadawaniem cierpienia innym osobnikom swojego gatunku, to na dokładkę dopuszcza się masowego uboju zwierzą na niebotyczną skalę. Każdego dnia i w każdej sekundzie.
Jak wytłumaczyć sobie okrucieństwo zwierząt wobec innych zwierząt – to instynktowne i to intencjonalne? My, którzy zachwycamy się światem owadów, mamy o tym bardzo dobre pojęcie. Oczywiście nie należy obarczać winą samych zwierząt – one po prostu tak zostały zaprojektowane przez ewolucję. Często nawet tłumaczy się, że zwierzęta nie działają złośliwie, czy też z premedytacją. Takie interpretacje są na ogół uzasadnione, lecz bywają także bezpodstawne, o czym przekonuje poniższa opowieść z ośrodka dla szympansów w Arnhem prowadzonego przez Fransa de Waala
Na czele grupy stał Yeroen. Ale jego władza była zagrożona – młodszy i silniejszy Luit zachowywał się coraz bardziej bezczelnie. Nie wahał się odbyć jawnie stosunku z jedną z nałożnic na oczach zazdrosnego i zaborczego przywódcy. Potem doszło do serii gróźb i agresywnych demonstracji. W końcu do fizycznego ataku, do aktu przemocy. Luit zeskoczył z drzewa na Yeroena, uderzył go i zwiał.
Yeroen od czasu tych oznak arogancji i jednocześnie siły ze strony Luita stał się bardziej przezorny. Spodziewając się jawnego buntu, poświęcał dwa razy więcej czasu na utrzymywanie przyjacielskich stosunków z innymi nałożnicami oraz z tymi współplemieńcami, którzy potrafią w razie potrzeby stanąć w obronie przywódcy przed uzurpatorem.
Luit zaczął w odpowiedzi podkopywać koalicję rządzącą. Wygrażał i napadał na samice w obecności Yeroena i dla odmiany przymilał się do nich i bawił się z ich dziećmi, gdy Yeroena nie było w pobliżu. Dawał do zrozumienia, że uważa się za godnego następcę i one też powinny tak uważać. Dodatkowo zawarł sojusz z rosłym pobratymcem o imieniu Nikkie. Razem napadali na samice, a Luit pozwalał Nikiemu na odbywanie z nimi stosunków. Ostatecznie, dzięki wielu intrygom, zastraszaniu i pochlebstwom Luit zdołał pozbawić Yeroena wsparcia samic, odizolował go i zmusił do okazania aktu uległości. Został samcem alfa. Okazał się być mądrym i dojrzałym przywódcą. Nikogo nie faworyzował i nie prześladował, skutecznie eliminował spory. Nałożnice przekonały się do niego całkowicie i nie tęskniły ani trochę za Yeroenem. Ten ciągle marzył o odzyskaniu pozycji, ale zdawał sobie sprawę, że jest słabszy i mniej popularny. Wykorzystał więc jeden z nielicznych błędów Luita. Ten usunął z grona najbliższych popleczników Nikkiego, który domagał się zbyt wielu przywilejów. Yeroen zawarł z Nikkiem sojusz i wspólnie odsunęli Luita od władzy. Nikkie zyskał status samca alfa, ale sprytny Yeroen tak zręcznie pokierował swoją karierą, że po roku to on, a nie Nikkie okazał się być najbardziej aktywny seksualnie i to on posiadł najwięcej partnerek. Nikkie był marionetkowym przywódcą, a Yeroen szarą eminencją. Z powodu rozbuchanego apetytu seksualnego Yeroena doszło wreszcie do poróżnienia się dotychczasowych sojuszników. To pozwoliło Luitowi wrócić na tron. Wtedy Yeroen ponownie zmówił się z Nikkiem. Itd, itp.
Cała seria intryg i politycznych przepychanek zakończyła się ostatecznie pewnej nocy, podczas której Nikkie i Yeroen zakradli się do Luita i zadali mu śmiertelne ciosy – między innymi wyrwali mu jądra.
Prawda, że szympansy pod pewnymi względami zachowują się jak ludzie?
De Waal uważa, że Nikkie był cały czas pionkiem w grze Yeroena. „Walczyłem ze sobą, by nie wydawać tego rodzaju moralnych osądów, ale do dziś, patrząc na Yeroena, nie mogę się powstrzymać od myśli, że mam przed sobą mordercę.”

Frans de Waal Źródło – https://townhallseattle.org/event/frans-de-waal/
W takim to świecie przyszło nam żyć. Nie ma on sensu z punktu widzenia religii. Sens ten zyskuje z perspektywy ewolucjonizmu. Dla samej istoty życia, jaką jest przekazywanie informacji genetycznej, nie ma najmniejszego znaczenia los jej nośników o ile spełniają najistotniejszą funkcję do której zostały zaprojektowane. Tak trudno przyjąć nam to do wiadomości.
Zacząłem utworem poetyckim i takim zakończę. Poemat Bolesława Leśmiana.
Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony
A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony
I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o Dziewczynie,
I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie…
Mówili o niej: „Łka, więc jest!” – I nic innego nie mówili
I przeżegnali cały świat – i świat zadumał się w tej chwili…
Porwali młoty w twardą dłoń i jęli w mury tłuc z łoskotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto jest człowiekiem, a kto młotem?
„O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!” –
Tak, waląc w mur, dwunasty brat do jedenastu innych rzecze
Ale daremny był ich trud, daremny ramion sprzęg i usił!
Oddali ciała swe na strwon owemu snowi, co ich kusił!
Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną…
I wszyscy w jednym zmarli dniu i noc wieczystą mieli jedną!
Lecz cienie zmarłych – Boże mój! – nie wypuściły młotów z dłoni!
I tylko inny płynie czas – i tylko młot inaczej dzwoni…
I dzwoni w przód! I dzwoni wspak! I wzwyż za każdym grzmi nawrotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto tu jest cieniem, a kto młotem?
„O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!” –
Tak, waląc w mur, dwunasty cień do jedenastu innych rzecze
Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera!
I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera…
I nigdy dość, i nigdy tak, jak pragnie tego ów, co kona!…
I znikła treść – i zginął ślad – i powieść o nich już skończona!
Lecz dzielne młoty – Boże mój – mdłej nie poddały się żałobie!
I same przez się biły w mur, huczały śpiżem same w sobie!
Huczały w mrok, huczały w blask i ociekały ludzkim potem!
I nie wiedziała ślepa noc, czym bywa młot, gdy nie jest młotem?
„O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!” –
Tak, waląc w mur, dwunasty młot do jedenastu innych rzecze
I runął mur, tysiącem ech wstrząsając wzgórza i doliny!
Lecz poza murem – nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny!
Niczyich oczu ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!
Bo to był głos i tylko – głos, i nic nie było oprócz głosu!
Nic – tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!
Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?
Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów
Potężne młoty legły w rząd, na znak spełnionych godnie trudów
I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?
Post scriptum
Ostatecznie religia chrześcijańska ze swej słabości, jaką stanowi niespójność przekazu wszechobecnej dobroci Boga przy jednoczesnej wszechobecności zła uczyniła swoją największą broń. Zamiast bezwzględnie potępiać czyny prowadzące do cierpienia, bagatelizuje je. Wszystko zostanie ci wybaczone, twoja religia miłości legitymizuje najpodlejsze z podłości. W zamian powinieneś jedynie żałować niecnych uczynków – a raczej opowiedzieć o nich na ucho. A na wszelki wypadek złożyć ofiarę z niewolniczej służalczości i uwielbienia – Bogu mili są pochlebcy, więc porzuć poczucie godności. Oto prawdziwe dziedzictwo chrześcijańskiej tradycji. Nie są nim podwaliny moralności, jak kłamliwie i niestety skutecznie próbuje się nam wmówić, lecz jej zbrukanie. Jej degrengolada. To na tym fundamencie zbudowano europejską i nie tylko cywilizację i zapewne to właśnie najistotniejsza przyczyna zatrważającego sukcesu chrześcijaństwa – zgoda na odkupienie grzechów za cenę utraty człowieczeństwa. Religia stała się alibi dla szubrawców. Kara przestała być nieuchronna. Sumienie można relatywizować. Piekło wprawdzie istnieje, lecz mimo to hulaj dusza.
Teodycea już nic nie musi. Po wprowadzeniu programu raj wieczysty+ elektorat przestał zadręczać się drobiazgami.
Łódź 30.06.2023
