Zbliżając się do polany, już z daleka usłyszałem, że ktoś śpiewa szanty. Śpiewa, to zbyt pochlebne twierdzenie, bo okropnie fałszował i beznadziejnie przekręcał tekst.
Ucichło…
Wchodzę na polanę, szukam wzrokiem lichego szansonisty, a tu nic. Nikogo nie widzę. Nagle z gałęzi na gałązkę przefrunął motyl, szarmancko się skłonił i śpiewa:
Gdzie ta knieja a przy niej ten jacht?
Gdzie ta koza wymarzona w snach?
– Czekaj! Czekaj! Czekaj! – przerwałem mu. Nie sądzisz, że coś pokręciłeś? A w ogóle, to kto ty jesteś?
– Jam jest Paź żeglarz! – szczurze lądowy – rzekł wydymając cherlawą pierś. A jako żeglarz, śpiewam szanty. Nie słychać?
Zdjęty wątpliwościami zacząłem wypytywać…
– A wiesz ty co to baksztag, bulaj, fok, grot, kabestan, szekla, takielunek, kilwater?
W tej chwili motylas spojrzał na mnie jak na wariata, pogardliwie prychnął, zakręcił się na pięcie i odleciał.
Taki z niego żeglarz…
