Tomás de Torquemada

Zmarł 16 września 1498 roku w Hiszpanii

Teolog, dominikanin, asceta. Szara eminencja wpływająca na rządy poprzez królową Izabelę Kastylijską, której Torquemada był spowiednikiem i doradcą i która uznawała go za posłańca Chrystusa. Wielki Inkwizytor Hiszpanii. Z iście chrześcijańskim oddaniem służył Kościołowi dzielnie tropiąc i skazując heretyków stanowiących, jak sądził, największe zagrożenie wiary – zwłaszcza Żydów i konwertytów, czyli nawróconych na chrześcijaństwo innowierców. Doskonale wiedział, że to w tych kręgach szatan przejmuje dusze szczególnie zuchwale. Być może dlatego, że sam pochodził z rodziny nie dość że żydowskiej, to na dodatek nawróconej na katolicyzm. Neofici są często najbardziej gorliwi.

Oczywiście inkwizytorzy nie wysuwali podejrzeń i oskarżeń bez istotnych przesłanek. To mogło być zmienianie pościeli w piątek, sprawowanie zakupów u żydowskiego sklepikarza, czy też denucjacja ze strony prawego katolika-sąsiada. Może właśnie dzięki tak rygorystycznym założeniom ze strony śledczych nikt się spodziewał hiszpańskiej inkwizycji, jak to trafnie ujęli chłopaki z grupy Monty Python. Przynajmniej na początku. Potem górę wziął strach i panika, a religijny terror rozlał się na całą Hiszpanię.

Torquemada legitymizował działania inkwizycji cytatem ze św. Tomasza z Akwinu. Jeśli na śmierć skazujemy oszusta lub innego złoczyńcę, tym bardziej sprawiedliwe jest zgładzenie heretyka. Z opinią takiego autorytetu nikt nie mógł polemizować. Co bardziej złośliwi mogliby posądzać Wielkiego Inkwizytora o fanatyzm. Nic bardziej mylnego. Winę należało udowodnić. Najlepiej poprzez tortury, zgodnie z zaleceniem namiestnika boga na ziemi, papieża. Już w 1252 roku papież Innocenty IV oficjalnie zatwierdził ich stosowanie – także na kobietach (w tym na ciężarnych), chorych psychicznie i na dzieciach, a nawet na zwierzętach. Tym samym nie tylko udoskonalił metody śledcze i usprawnił przewody procesowe, ale też wpłynął na ożywienie ekonomiczne – projektowanie i produkcja wymyślnych narzędzi tortur dała pracę wielu potrzebującym. Taki był z niego wizjoner.

W ciągu 6 lat Torquemada niemal całkowicie oczyścił Hiszpanię z Żydów; część z nich spalił (wg większości źródeł spłonęło około 2 tysięcy osób, w rzeczywistości zapewne znacznie więcej), a resztę wydalił lub zmusił do ucieczki. Minęło ponad 400 lat zanim zaczęli ponownie osiedlać się na południe od Pirenejów. Hitler był co prawda znacznie bardziej skuteczny, ale też i Żydów ściągał z całej Europy. No i wyplenił tę zarazę na ledwie parę lat, a Torquemada na całe stulecia –  choć lokalnie. Z pewnością obaj zasłużyli na miano  profesjonalistów.

W kontekście tak przytłaczających i niewątpliwych zasług dla Kościoła dużym nieopatrzeniem jawi się brak jego kanonizacji. Tutaj nasz umiłowany Wojtyła, znany przecież z inicjacji licznych procesów beatyfikacyjnych rozmaitych zwyroli katolickich, ewidentnie zawiódł. Jakiś wymagany cud zapewne udałoby się sklecić, to żadna pierwszyzna.

Obraz Jeana Paula Laurensa przedstawiający Tomása de Torquemadę, Izabelę Kastylijską i króla Ferdynanda II Aragońskiego. Widać kto tu naprawdę rządzi


16 września 1877 roku w Gietrzwałdzie matka boża objawiła się po raz ostatni

Źle się działo podówczas na Prusiech. Ludziom żyło się ciężko pod zaborami. Zimy bywały srogie, a plonów nie starczało do wiosny. A i choroby nie omijały warmińskiej ziemi, a na leczenie niewielu było stać. O nauce w języku polskim nie wspominając; od 1871 roku surowo zabraniano nauki w ojczystym języku, a polskich nauczycieli zastępowano niemieckimi. Co prawda i tak wielu nie zaprzątało sobie głowy posyłaniem dzieci do szkół, czy to polskich czy pruskich. Z drugiej strony bez przesady, doczesne życie to tylko przedsionek życia wiecznego.

Do prawdziwej tragedii doszło na istotniejszym polu. Oto zaczęło brakować kapłanów, a Kościół poczuł się prześladowany. Matka Boża postanowiła interweniować, bo problem był palący. Czas podsunąć udręczonej katolickiej braci rozwiązanie. Udostępnić panaceum podczas objawień. Na posłańca dobrej nowiny nie wybrała jednak żadnej prominentnej osoby, żadnego z mających posłuch księży, żadnego wykształconego krasomówcy, ani żadnego możnowładcy o znaczącej pozycji społecznej. I nie objawiła się wśród setek świadków gdzieś w choćby średniej wielkości mieście – w Olsztynie czy w Elblągu. Nie, ona poszła torem zastosowanym później przez swoją sławetną i równie skrytą następczynię z Fatimy i wybrała najbardziej efektywną ze wszystkich dostępnych możliwości. Zaszczytu obcowania z nią dostąpiły dwie proste dziewczynki, dzieci jeszcze, z gietrzwałdskiego zadupia, gdzieś koło przyklasztornego klonu (bowiem matki boże wszelakiej maści mają dziwną słabość do drzew). Na ich barki zrzuciła całą odpowiedzialność za powodzenie misji. Otrzymały zadanie rozpuszczenia wici o konieczności wzmożenia modłów. Ludzie ewidentnie za rzadko i za mało gorliwie oddawali się modlitwie, zwłaszcza różańcowej. Ultimatum było oczywiste – albo staną się bardziej gorliwi, albo kapłanów nie przybędzie, a kościół nadal będzie prześladowany.

Cos mi się wydaje, że na dłuższą metę sens objawienia okazał się wątpliwy. Kościół wciąż jest prześladowany w kraju nad Wisłą, a wraz z nim katolicy. A i kapłanów coś zaczyna ubywać. Znowu. Czas zacząć uważniej rozglądać się po drzewach, aby nie przegapić kolejnego objawienia. A póki co warto wziąć sprawy i gaśnice w swoje ręce.



15 września

17 września


Zostaw odpowiedź