Gatunki inwazyjne – wątpliwości

W kwietniu w Wydziale Biologii i Ochrony Środowiska UŁ odbył się wykład o gatunkach inwazyjnych w Polsce. Pierwsza część , wprowadzająca w temat, dotyczyła wykładni prawnej i zdefiniowania zagadnienia. Drugą, ukierunkowana już na owady i konkretne gatunki, sprawnie poprowadził doktor Radomir Jaskuła. Miałem niewątpliwą przyjemność w tym wykładzie uczestniczyć jako krnąbrny nieco słuchacz. Doktor jak zawsze perfekcyjnie przekazał stosowne treści i przedstawił zagrożenia oraz negatywne skutki zjawiska ingerencji obcych gatunków – czy to w wyniku zawleczenia, czy poszerzania zasięgu spowodowanego zmianami klimatycznymi. Trudno o bardziej kompetentną osobę – doktor zajmuje się tym niemalże na co dzień. Użytkownicy Facebooka znają zapewne projekt Obcy w Łodzi. Mimo to (przy całym szacunku i uznaniu dla prowadzącego) dostrzegłem pewną stronniczość, pewne niedopowiedzenie, manierę – coś, jakkolwiek by to nazwać, co nadało wydarzeniu ton jednostronności, subiektywności. Zapewne to nieuzasadnione odczucie i wybijecie mi je z głowy komentarzami, które mam nadzieje się pojawią.

Tak czy inaczej postanowiłem zabrać głos jako w pewnej mierze oponent. Mam takie przekonanie motywowane regularną obserwacją przyrody, iż pejoratywne postrzeganie nowych dla naszej entomofauny gatunków i nadawanie im tytułu inwazyjnych, a więc z definicji niepożądanych nie musi być obligatoryjne. Ponieważ samo przekonanie to marny argument, przytoczyłem pewną zasadę ekologiczną. Im większa bioróżnorodność w danym ekosysystemie, tym bardziej stabilnym staje się ten ekosystem. Tym lepiej dla niego. Doskonale widać tę zależność w środowiskach relatywnie ubogich w gatunki, takich jak tundra czy tajga. Choć poszczególne populacje często osiągają oszałamiającą liczebność, to zagrożone są częstymi fluktuacjami ilościowymi. Mało zróżnicowane, słabo rozgałęzione łańcuchy troficzne podatne są na załamania, a poszczególne ich składniki (gatunki) na naprzemiennie chude i tłuste lata. Jeśli w wyniku powiedzmy patogenu, epidemii zdziesiątkowana zostanie populacja lemingów, ucierpią na tym sowy śnieżne, lisy polarne i gronostaje – to ich główny składnik diety, którego nie mogą w pełni zastąpić innym. Bo innego tak dostępnego pokarmu brak. W efekcie ich populacje ulegają wyraźnemu spadkowi. A ponieważ brak drapieżców, lemingi rozmnażają się w szalonym tempie. Aby zdobyć pożywienie, migrują setkami tysięcy. Drapieżniki maja się coraz lepiej… Cykl się powtarza. Lata chude i tłuste stają się normą.

Takiego zagrożenia nie ma w ekosystemach bogatych w gatunki, w których nagły spadek liczebności ofiary czy drapieżnika nie wpływa na los innych gatunków (poza specjalistami). Mszyce nie rozmnożą się ponad miarę, gdy zabraknie biedronki siedmiokropki, bo jej rolę przejmą liczne złotooki, mszycożerne pluskwiaki i grzebacze, larwy bzygowatych, inne biedronki – w tym Harmonia axyridis.

Nie twierdzę, że gatunki obce nie niosą zagrożenia. Uważam jedynie, ze nie zawsze. Nie wszystkie. Być może warto każdy przypadek rozpatrywać indywidualnie. Doktor nie zgodził się ze mną w całej rozciągłości. Gdyby tak było że zwiększenie różnorodności wywiera pozytywny wpływ – przekonywał – należałoby uznać pojawienie się doskwiera japońskiego Aedes japonicus na południu kraju za dobrą nowinę. A komar ten roznosi gorączkę krwotoczną. Na takie dictum wypada się chyba poddać, prawda?

I tutaj tkwi moim zdaniem podstawowy problem – antropocentryczna perspektywa, której ulegamy. Tak, komar niesie poważne niebezpieczeństwo dla człowieka. Pewnie także dla jego zwierząt hodowlanych (nie wiem tego, tylko przypuszczam). Jednak z szerszej perspektywy jego larwy stanowią alternatywny pokarm dla rozmaitych organizmów wodnych, a on sam w formie imago pokarm dla nietoperzy i ptaków. Komar japoński może stanowić dodatkowy filtr bezpieczeństwa troficznego w ekosystemie.


Szczególną obroną objąłem podczas wykładu wspomnianą biedronkę azjatycką oraz wtyka amerykańskiego. Ponoć istnieją jakieś prace naukowe wykazujące destrukcyjny wpływ biedronki arlekin na rodzime siedmiokropkę i dwukropkę. Moje obserwacje terenowe tego nie potwierdzają. Jeśli wpływ ma miejsce, moim zdaniem jest znikomy. Wnioski zapewne opierają się na obserwowanych przypadkach pożerania stadiów preimaginalnych naszych biedronek przez intruzkę. Są to wg mnie zdarzenia incydentalne, zresztą jak przypuszczam odwzajemnione. Nikt nie posiada danych o liczebności siedmiokropki na danym obszarze przed inwazją Harmonii i po niej – a wypadałoby je porównać przed wydaniem wyroku. A nawet jeśli takie dane istnieją – jak udowodnić związek przyczynowo-skutkowy? Być może to korelacja statystyczna i powody są zupełnie inne, choćby wzrost stosowania chemii? Zbyt pochopnie i ochoczo wskazujemy winowajcę. Tymczasem Harmonia axyridis niewątpliwie wzbogaciła krajobraz dzięki niespotykanie szerokiej palecie form barwnych.

Park Poniatowskiego 04.03.2012

Łódź – Park Poniatowskiego Zimująca agregacja 04.03.2012

Estetyka nie ma znaczenia? W taki razie dlaczego tak uparcie próbowano wytępić za pomocą lepów na pniach drzew szrotówka kasztanowcowiaczka, przy okazji zabijając wiele innych owadów? Poza brzydko wyglądającymi liśćmi kasztanowców nie wyrządza on drzewom znaczących szkód. Zresztą nie tylko motyl jest obcy – drzewo również. Może należałoby go wspomóc w walce z kasztanowcami, zamiast mu przeszkadzać? To samo dotyczy Cydalima perspectalis. Pożera ona obce dla naszej rzeczywistości bukszpany – nota bene doktor Jaskuła wyraził zadowolenie z ich działalności – dopóki nie polubią rodzimych roślin. Dlaczego tak nierówno, niesprawiedliwie traktujemy te gatunki? Oczywiście odpowiedzią jest antropocentryzm

A już zupełnie niezrozumiałym jest dla mnie atak medialny na wtyka amerykańskiego. Cóż ten potwór może uczynić? Zeżre wszystkie sosny? Zasmrodzi nasze nieskazitelne mieszkania? Życzyłbym sobie, aby inne amerykańskie wtyki – a jest ich trochę – poszły w jego ślady. Możliwość obserwacji w naturze Leptoglossus clypeatus czy Leptoglossus gonagra to wg mnie fascynująca perspektywa.


Podczas wykładu ani jedna osoba nie przychyliła się do mojego stanowiska. Nikt nie stanął po mojej stronie. Spodziewałem się tego. Ostatecznie jest bardzo możliwe, że mylę się w całej rozciągłości. Tym chętniej poznam wasze opinie, o ile zdecydujecie się je wyjawić


Łódź 01.06.2025

avidal

34 thoughts on “Gatunki inwazyjne – wątpliwości

  1. Cytuję: „Podczas wykładu ani jedna osoba nie przychyliła się do mojego stanowiska”.
    Cóż, jak sam na początku napisałeś: „Trudno o bardziej kompetentną osobę”. Tak więc Twoje szanse w starciu z takim autorytetem już „na dzień dobry” były nikłe, a o poparciu słuchaczy nawet nie wspomnę.
    Cyt.: „Dlaczego tak nierówno, niesprawiedliwie traktujemy te gatunki? Oczywiście odpowiedzią jest antropocentryzm”.
    Zgadzam się z tą tezą. Mam wrażenie, że wszelkie tego typu badania są prowadzone pod kątem przydatności dla człowieka, a nie przyrody jako takiej. Gdyby taki wykład i badania prowadziła Stonka ziemniaczana lub jakikolwiek inny gatunek, to gatunkiem inwazyjnym i szkodliwym byłby Homo sapiens.
    Olbrzymią rolę odgrywa też niemal paniczny strach przed przyrodą, a zwłaszcza „robalami”. Zgodzę się, że pewne gatunki są mocno upierdliwe i mogą być niebezpieczne dla człowieka, ale uznawanie całej bioróżnorodności za niebezpieczną to już mocna przesada. Tutaj winny jest moim zdaniem brak prawdziwej przyrodniczej edukacji już od przedszkola.
    Cyt. „Nie twierdzę, że gatunki obce nie niosą zagrożenia. Uważam jedynie, ze nie zawsze”.
    Ja z kolei uważam, że bardzo rzadko, o ile w ogóle. Przyroda sama wszystko z czasem wyreguluje, o ile jej w tym nie będziemy „pomagali”.
    Cyt.: „To samo dotyczy Cydalima perspectalis. Pożera ona obce dla naszej rzeczywistości bukszpany – nota bene doktor Jaskuła wyraził zadowolenie z ich działalności”.
    A czemu Pan Doktor nie lubi bukszpanów? Nie zauważyłem, żeby ta roślina była jakoś mocno inwazyjna. Poza ogrodami, gdzie jest celowo sadzona, nie zasiedla ani łąk, ani lasów, podobnie jak tuja. Co innego nawłoć kanadyjska. Tę roślinę mógłbym zgłosić jako pierwszą do kasacji. Tylko czy spodobało by się to wielu gatunkom muchówek, błonkówek i motyli, które na tej roślinie da się zaobserwować w okresie kwitnienia.
    Cyt.: „Mam takie przekonanie motywowane regularną obserwacją przyrody”.
    Jesteś więc praktykiem. Oczywiście nasze postrzeganie też może być subiektywne i prowadzić do mylnych wniosków. Jedak ostatecznie to praktyka czyni mistrza. Ja również regularnie przebywam w terenie i to, co na pewno zauważyłem, to negatywny wpływ działalności człowieka na przyrodę poprzez nielegalną wycinkę drzew, czy zaśmiecanie. Ale o tym media mówią o wiele mniej niż o zabójczych żmijach, komarach, kleszczach itp. To zwyczajne (mam nadzieję, że nie celowe) zniechęcanie ludzi do przyrody poprzez zastraszanie. Gdyby nasza przyroda faktycznie była tak niebezpieczna, to powinienem już dawno być martwy i to wielokrotnie.
    Edukujmy i uczmy się, bo boimy się tego, czego nie znamy i nie rozumiemy.

  2. Doktor jest skłonny uznać obecność gatunków obcych za neutralną a może nawet pozytywną, dopóki żerują na innych gatunkach obcych. Natomiast z chwilą, w której poszerzą preferencje żywieniowe o gatunki rodzime lub sprowadzone dawno temu i aktualnie u nas osiadłe i zasymilizowane zasługują na miano szkodnika. Tyle zrozumiałem z wykładu; mam nadzieję ze poprawnie. To pewnie dlatego postrzega żerowanie cydalimy na bukszpanie jako pożądane – bukszpan nie jest „nasz”.

    Tak jak podpowiadasz istotną cegiełkę dokładają doniesienia medialne nastawione implicite na sensację i klikalność. To głównie przez alarmujące nagłówki i treść pod nimi gremialnie nie lubimy ani wtyka, ani biedronki arlekin – widać to choćby w komentarzach w sieciach społecznościowych. A przy okazji – może zgłosi się ktoś, kogo ugryzła krwiożercza biedronka? Ja brałem ją do ręki wielokrotnie i jakoś nigdy nie raczyła.

    • Mnie biedronka ugryzła parę razy, ale nasza sześciokropka. Nawet się zdziwiłem, że dość odczuwalnie jak na w sumie niewielkiego owada 🙂
      Mrówki rudnice to najgorsza, jak dla mnie, plaga w lesie, no i potrafi „dziabnąć” boleśniej niż komar. Ale czy to nas zniechęca lub przestrasza…? 😉

  3. Niektórych pewnie odstrasza. A jeśli wierzyć alarmującym artykułom azjatka wręcz czyha na człowieka, żeby perfidnie go zranić i nie przepuści żadnej ku temu okazji. To nie jest zwykła poczciwa boża krówka, która poleci po kawałek chleba, gdy ja poprosić. To wredny robal gdzieś z azjatyckiej dziczy.
    Naszła mnie kolejna, obrazoburcza chyba myśl. A gdyby tak Harmonii udało się skutecznie wytępić siedmiokropkę i ja zastąpić na całej linii, to w jakim sensie byłoby to dla ekosystemu niepożądane? A w jakim dla człowieka? Czy istnieją racjonalne, a nie emocjonalne przesłanki, aby uznać taki scenariusz za czarny? Aby się go obawiać? Nie wiem; na gorąco nie dostrzegam takowych.

  4. Na wiosnę najgorszym owadem była oleica. Co za toksyna, bazyliszek i kobra plująca w jednym. Ale w kwestii gatunków inwazyjnych.

    1. Nie należy wrzucać do jednego worka gatunków faktycznie obcych (nearktycznych, wschodniopalearktycznych) z gatunkami które wkraczają przez zmiany klimatu z południa. Te gatunki z południa to nie są gatunki obce nawet jeśli realnie ekspansywne i powinno się je pomijać w tej dyskusji. Nikt nie narzeka na żołnę czy szakala złocistego.

    2. Układy proste (np. tundra) i maksymalnie skomplikowane (np. dżungla) to dwa bieguny tego samego zjawiska. Żadne z nich nie jest lepsze ani gorsze. Jeśli w miarę wiadomo co się dzieje w układach prostych, to jestem daleki od twierdzenia, że układy skomplikowane są bardziej stabilne. Tak nam się wydaje, bo to jest logiczne i nawet poparte pewnymi badaniami. Ale jako że układy skomplikowane cechują się większą bezwładnością, o tym co się faktycznie dzieje z ekosystemem może decydować na przykład długość okresu badań. Pomijając już koncepcję gatunków zwornikowych, to nie wiadomo czy zanik głupiego motylka czy ślimaczka nie spowoduje dużych zmian w ekosystemie (coś w rodzaju teorii chaosu). Tu jeszcze widzę problemy metodyczne pozwalające na odróżnienie wpływu zaniku gatunku od setek innych czynników oraz funkcji gatunku w ekosystemie niewyspecjalizowany drapieżnik czy mono/oligofag.

    3. Szrotówek czy ćma bukszpanowa to doskonałe przykłady jak grzebanie w przyrodzie przez człowieka jest delikatnie mówiąc niedoskonałe. Najpierw wprowadzamy jeden element obcy (czyli jakby spoza układu), a potem się dziwimy, że przypadkowo wprowadzony element z jego dawnego układu powoduje takie zakłócenia.

    4. Wynika to z tego, że gatunki zawlekane bardzo często są pozbawione wektorów naturalnie regulujących ich populacje (nie tylko drapieżników (czy fitofagów), ale myślę bardziej o wirusach czy grzybach). Takie gatunki łatwo się rozprzestrzeniają i mają często zdolność w kilka lat pokonywania setek kilometrów, bo ich rozmnażanie poza czynnikami losowymi (pechem) i wynikającymi z niedoskonałości samego organizmu jest niczym nieograniczone przynajmniej do pewnego czasu.

    5. „Naszła mnie kolejna, obrazoburcza chyba myśl. A gdyby tak Harmonii udało się skutecznie wytępić siedmiokropkę i ja zastąpić na całej linii, to w jakim sensie byłoby to dla ekosystemu niepożądane?” – myśl ciekawa, niekoniecznie obrazoburcza. Odpowiedź jest prosta, nie wiadomo, ale raczej tak. Dlaczego tak – 1) zgodnie z teorią ewolucji ich nisze powinny być różne, choćby minimalne, ale różne, więc nie mogą się zastąpić 1:1; 2) nie znam, ale mogę założyć, że są jakieś specyficzne dla siedmiokropki pasożyty, albo inne uwarunkowania troficzne, których Harmonia nie przejmie. W ochronie przyrody, czy szerzej ekologii, wielu rzeczy nie wiadomo, więc wymyślono zasadę ostrożności, która mówi, że jeśli nie wiadomo to należy przyjąć gorszą możliwość. Nie jest to doskonałe, ale lepsze niż nic.

    Podsumowując, co do antropocentryczności podejścia to masz zupełną rację, ale w ocenie wpływu na ekosystemy byłbym bardzo ostrożny. Prawdopodobnie jest tak, że w przypadku niektórych gatunków wpływ będzie minimalny i obcy szybko „znajdzie swoje miejsce” w ekosystemie, a pewne gatunki będą działały niekorzystnie przez długi czas. Owady ze względów metodologicznych nie są łatwe do interpretacji, ale jak widzimy po roślinach są różne możliwości. Tu ciekawy jest przykład niecierpka drobnokwiatowego, jeszcze nie dawno uważanego za jeden z głównych gatunków inwazyjnych, któremu ostatnie susze zdecydowanie nie służą i zdaje się przynajmniej lokalnie zmniejszać liczebność. Jak jest w Łodzi?

    Arek

    • Odnośnie szakala złocistego, to jego ekspansja w Europie ma ponoć związek ze zmianami klimatu powodowanymi działalnością człowieka. Więc, jeśli tenże szakal rozprzestrzenia się sam i nie jest „obcy”, to w takim razie dlaczego szczury, które również skorzystały z działalności człowieka (mianowicie chodzi tutaj o statki) i rozprzestrzeniły się po świecie są gatunkiem inwazyjnym? No i jak traktować gatunki, które gdyby nie działalność człowieka, to nie mogłyby zagościć w wielu innych miejscach, pomimo, że przybyły tam same. Przykładem są tu chociażby wróble, ich rozprzestrzenienie się w Europie nie byłoby możliwe, gdyby człowiek nie przekształcił leśnego charakteru naszego kontynentu na otwarty, rolniczy.

  5. Ja również nie mam nic przeciwko tzw. gatunkom inwazyjnym, chociaż są ekosystemy, do których ich wkraczanie miewa niemal nieodwracalne skutki i tego też trzeba być świadomym.

  6. Arku – dziękuję za długą wypowiedź. Widać, że ekologia jest bliska twemu sercu i twoim zainteresowaniom.

    Niecierpka jest sporo w podłódzkich lasach i w okresie kwitnienia żeruje na nim całą paleta owadów (pamiętam, że sfociłem na nim choćby Crossocerus palmipes). Nie zwracałem jednak uwagi na dynamikę populacji, teraz pewnie zacznę.

    Piszesz o hipotetycznym decydującym wpływie pojedynczego nawet czynnika na układ (użyłem Twojego sformułowania, przypuszczam że powinno się nim się posługiwać, aby brzmieć profesjonalnie) bez względu na to, jak bardzo złożony by on nie był. Teoria chaosu, efekt motyla, zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda – te sprawy. Nie znam opracowań, ani badań, więc być może się mylę, a już na pewno wychodzę na dyletanta, jednak intuicja podpowiada mi zachowanie czujności, zanim zaufam w pełni Twoim słowom. Usunięcie jednej nogi ze stołu, jakby gruba ona nie była, spowoduje jego zachwianie. Ale gdyby tak nóżek było sto, złamanie nawet 10 z nich wciąż nie wpłynęłoby na stabilność w znaczącym stopniu. Wybacz infantylne porównanie, wiem że nie oddaje ono stanu rzeczy, ale mniej więcej obrazuje problem. W naszej strefie, strefie lasów liściastych klimatu umiarkowanego, również zdarzają się masowe pojawy. Tej wiosny zdaje się doszło do gradacji brudnicy mniszki. Przy czym warto zauważyć, ze gradację tę znacznie ułatwia obecność jednorodnych monokultur sosnowych będących niejako substytutem strefy ubogiej gatunkowo. No i ile by tych masowych pojawów się nie zdarzyło, to jednak nigdy nie powodują one tak spektakularnych fluktuacji, jak właśnie w tundrze czy tajdze. I przy okazji = zaznaczasz, ze nikt nie przejmuje się migracją gatunków południowych związanych ze zmianami klimatycznymi. Czy to znaczy, że akurat one pozbawione są zdolności do inicjowania zmian? Że akurat ich teoria chaosu nie obejmuje? A co z czynnikami pozabiologicznymi – zanieczyszczeniem plastikiem i chemią, zanieczyszczeniem światłem, wzrostem średniej temperatury, czystością wód i i ich poziomem, itp? Albo konsekwencji teorii chaosu nie da się uniknąć tak czy inaczej – albo jej znaczenie jest przeceniane. Tak mi wyszło na mój ograniczony rozum. W obu przypadkach można ja pominąć w naszych rozważaniach.

    • „Usunięcie jednej nogi ze stołu, jakby gruba ona nie była, spowoduje jego zachwianie. Ale gdyby tak nóżek było sto, złamanie nawet 10 z nich wciąż nie wpłynęłoby na stabilność w znaczącym stopniu.”

      W ekologii istnieje coś takiego jak teoria nitów. Kiedy mamy lecący samolot i odpadnie mu jeden nit to nic się nie stanie, podobnie gdy odpadnie dziesięć, dziewięćdziesiąt czy sto, ale gdy odpadnie sto pierwszy konstrukcja samolotu w końcu nie wytrzymuje, samolot się rozpada i mamy katastrofę. Podobnie jest z biocenozami (czy tam układami), jeśli wypadnie nam jeden gatunek to raczej nic się nie stanie, jeśli więcej też, ale jeśli wypadnie o jeden za dużo, to układ się rozpada. I m.in. dlatego gatunki inwazyjne bywają tak niebezpieczne.

  7. Arku, kolejna sprawa. Wg Ciebie nisza ekologiczna dwóch gatunków nigdy nie będzie dokładnie taka sama. Wspominasz o pasożytach. I rzeczywiście – nasze Phalacrotophora nie porażają azjatki, czyni to gatunek dalekowschodni. (Być może z czasem zaaprobują nowego żywiciela, bariera ekologiczna raczej nie powinna być w tym przypadku nieprzepuszczalna, wszak biedronki te są blisko spokrewnione i przechodzą przez bardzo zbliżony rozwój osobniczy. Ale to tak przy okazji). Zatem różnice ewidentnie istnieją, masz rację. Pozostaje ustalić, jak wielki wpływ na ekosystem ma ta niepełna kompatybilność. Nie jestem w stanie odpowiedzieć od razu. Ani Tobie. ani sobie.

    Podłatczyn
    Ta teoria nitów to raczej koncepcja, niż pełnoprawna teoria, prawda? Niemniej rozumiem problem. Zakłada ona istnienie jakiegoś progu krytycznego, którego przekroczenie powoduje lawinę. Tyle że według tej zasady bodźcem mogą być najprzróżniejsze czynniki, choćby stosowanie środków ochrony roślin, melioracja, wycinanie lasów, zaprzestanie wypasu owiec, nadmierna emisja dwutlenku węgla, wszechobecny plastik, przełowienie wód i wiele wiele innych. Akurat inwazja biedronki azjatyckiej i wtyka to najmniejsze zmartwienie, jak mi się wydaje.

  8. Ja jestem przeciwnikiem dzielenia organizmów na szkodliwie i pożyteczne. To jest tylko nasz punkt widzenia, bowiem natura jest bierna, a każdy gatunek, gdziekolwiek się znajdzie usiłuje przetrwać. Pszczołę miodną uważa się powszechnie za owada pożytecznego, tymczasem jest ona poważnym konkurentem dla wielu mniej zorganizowanych społecznie gatunków błonkówek. Rzeczywistość nie dzieli gatunków na natywne i obce, toteż grają one w tą samą grę, a ekosystem taki czy inny jest przykładem równowagi chwiejnej. Wiele taksonów rodzimych eliminuje całkowicie inne rodzime taksony w niektórych biotopach np. gryzonie pożerające przebiśniegi rosnące na zbyt ciepłych, lekkich glebach. Często się słyszy, że gatunki obce mają ułatwione zadanie, bowiem nie zastają na miejscu czynników stresogennych – otóż jest to nieprawdą, ponieważ w praktyce tylko najbardziej niewyspecjalizowane i ekspansywne gatunki są w stanie zadomowić się na trwałe, dodatkowo zajmując bogatą niszę, jak przytoczona w artykule biedronka arlekin, albo biocenozę zmienioną działalnością ludzką np. czeremcha amerykańska w monokulturach sosnowych, gdzie do „naturalnych” lasów raczej nie wkracza. Moim zdaniem należy monitorować obecność gatunków „inwazyjnych”, nie reagować na nie alergicznie, ale też nie entuzjastycznie, po prostu chłodno kalkulować niczym „Matka Natura”.

  9. Twój przekaz w znacznym stopniu pokrywa się z propagowanym przeze mnie w artykule postulatem o konieczności indywidualnego podejścia do każdego kolejnego przypadku. To pocieszające. Ostatecznie ja także uznaję zawleczenie szczura wędrownego na te czy inne wyspy oceaniczne za równoznaczne z otwarciem puszki Pandory.
    A słowa szkodnik zdecydowanie unikam – nie znajdziesz go w żadnym skonstruowanym przeze mnie opisie gatunkowym, a jest ich ponad 8 tysięcy. Natomiast nie ręczę za innych autorów, których co prawda nie ma wielu. Nad czym ubolewam.

  10. W ochronie przyrody ważna jest ochrona bioróżnorodności (z tym nie będę dyskutował, bo wydaje mi się to słuszne). Jeśli europejskie gatunki trafiają do Ameryki, a amerykańskie do Europy, to różnice się zmniejszają/zacierają, czyli bioróżnorodność (na poziomie biocenoz) spada. Już z tego względu nie traktuje się tych transferów za pozytywne. Jeśli takie zmiany zachodzą naturalnie to jest ok, bo ochrona naturalności jest kolejnym celem ochrony przyrody (z tym też nie będę dyskutował, bo raczej to słuszna sprawa), poza tym nie mamy wtedy do czynienia z gatunkami obcymi/inwazyjnymi. Jeśli to człowiek przyczynił się do tych „przeprowadzek” to raczej już nie jest ok. Trochę jak zmiany klimatyczne, przecież zawsze były, jednak nie lubimy tych wywołanych przez człowieka.

    No chyba, że potraktujesz człowieka i jego cywilizację za część natury i gatunki, które go wykorzystały żeby skolonizować nowe tereny, za takie, które odniosły sukces (mają wysoki fitness … chyba tak to się mówi).

    Ja preferuje pierwsze podejście i nie chcę gatunków obcych z tych właśnie powodów (utrata naturalności i bioróżnorodności na poziomie biogeograficznym), bez analizy czy one faktycznie jakimś gatunkom zagrożą, czy nie, albo czy nawet pomogą tu jakimś gatunkom (tak jak mówicie, że nawłocie karmią szereg gatunków).

    Zmiany zasięgów ze względów klimatycznych to inna sprawa, z pasją je obserwuję.

  11. Przyznam, że przez myśl mi nie przeszło rozpatrywanie bioróżnorodności na bardziej ogólnym poziomie, jako pewnego rodzaju rywalizację biocenoz. Być może to z mojej strony rażące niedopatrzenie, nie wiem. Jak dotąd zawsze rozumiałem ją jako sieć zależności między organizmami zasiedlającymi dany ekosystem, a może raczej między ich genomami. W takim ujęciu zdarza się, że nowy gatunek tę sieć wzajemnych powiązań wzbogaca. Zaryzykuje nawet tezę, że tak się zwykle dzieje. Ale jak to bywa w takich przypadkach, nagłaśniane i eksponowane są te będące w mniejszości przypadki, kiedy jest na odwrót. Dotyczą one zwykle ingerencji w izolowane biocenozy, bardzo wrażliwe na bodźce zewnętrzne głównie z powodu wysokiej specjalizacji gatunków, czy też zredukowanych zależności (np. brak dużych drapieżników). Jeśli biocenozy nie dzieli jakaś nieprzekraczalna bariera geograficzna czy ekologiczna, takich dramatów raczej się nie obserwuje. Ryszard, czy przychodzi ci na myśl jakiś zestaw gatunków, które wyginęły w naszym kraju z powodu ekspansji „obcych”? Taka stonka ziemniaczana jest u nas od wielu lat i nie można powiedzieć, że to zbyt krótko, aby poznać efekty długofalowe; taki argumentem wysuwa się ochoczo np. w stosunku do biedronki azjatyckiej. Czy obecność stonki w jakikolwiek negatywny sposób wpłynęła na inne składowe? Nic mi o tym nie wiadomo, ale może jestem niedoinformowany. Wiem, że takie rzeczy się zdarzają (choć przypuszczam, że przynajmniej w niektórych przypadkach negatywne skutki są przeszacowane) – ale też nie twierdzę nigdzie, że problem jest czarno-biały. Sugeruję za to, że warto przyjąć podejście indywidualne zanim przypnie się z definicji łatkę. Przypominam, że gatunek inwazyjny z definicji zubaża ekosystem. Jeśli a’priori zakwalifikowałeś azjatkę jako inwazyjną tylko dlatego, że została zawleczona z egzotycznych krain, to klamka zapadła. Jest zła. Koniec dyskusji i nikłe szanse na jej rehabilitację. Może po latach, kiedy ludzie się przyzwyczają. A wtedy może nawet zaczną jej bronić, jako „naszej”.

    Niemniej jeśli Twoja interpretacja bioróżnorodności jest poprawna, a zapewne wiesz o czym piszesz, to z tego punktu widzenia nie mogę nie przyznać ci racji.

  12. Z owadami to nic mi do głowy nie przychodzi na ten moment, ale zdaje się niektóre gatunki są zagrożono przez krzyżowanie się ze sprowadzonymi gatunkami, np nasza sterniczka ze sterniczką jamajską, czy żbik z kotem domowym. No i w świecie roślin … nie trzeba robić badań żeby zobaczyć, że niektóre gatunki obce tworzą fitocenozy (prawie) jednogatunkowe … coś tam wcześniej było, a teraz nie ma.

    Ale rzeczywiście kwestia, czy to są nowe nabytki, czy dawniejsze ma w ich ocenie (dokonywanej wiadomo przez człowieka) znaczenie. We florze wyróżnia się archeofity, czyli gatunki zadomowione, ale dawniej (chyba przed odkryciem Ameryki), np. chwasty polne i takie (choć przecież obce) się nawet próbuje chronić! Pewnie słyszałeś o ochronie chwastów polnych (to w większości raczej gatunki obce są).

  13. Chwast to też pojęcie ukute z perspektywy antropocentrycznej, jak się wydaje.
    Miałem co prawda na myśli owady, ale przykłady z innych rzędów i jednostek taksonomicznych są jak najbardziej adekwatne. I z pewnością można ich podać więcej, jeśli się siedzi w temacie. I choćbyś takich przytoczył dziesiątki, dla obrony mojej tezy niewiele to zmienia. W myśl zasady, że aby obalić twierdzenie że wszystkie kruki są czarne, wystarczy znaleźć jednego tylko kruka białego. Wprowadzanie nowego elementu do układu (jakby to fachowo ujął Arek Gawroński; Arku – spodobała mi się ta terminologia) niesie ryzyko zachwiania status quo tego układu. Nie przeczę. Tyle że nie zawsze – a mimo to permanentnie zakłada się czarny scenariusz. I bije na alarm. I przestrzega przed zgubnymi konsekwencjami. Gdyby tak choć raz można było usłyszeć ze strony środowisk akademickich, ale i z mediów bardziej optymistyczny przekaz. Ale nie – czy to obca roślina, czy owad, czy papuga – nieodmiennie każą nam się bać. W imię zasad.
    Strategia wylewania dziecka z kąpielą po prostu mnie nie przekonuje. I mi się nie podoba. Zwyczajnie szkoda mi tysięcy biedronek i wtyków z zaangażowaniem rozgniatanych obcasem, bo przecież na Facebooku zgodnie wszyscy twierdzą, łącznie z entomologami i jak zawsze szczerze zatroskanymi o losy polskiej przyrody leśnikami, że to zło wcielone. Jednocześnie daleki jestem od bagatelizowania zagrożenia – ale jeśli już zostanie uczciwie potwierdzone. Także przez doświadczenia i dane z nich wynikające tych, którzy z najeźdźcą mieli do czynienia przed nami.

  14. Bioróżnorodność rozumiem jako duży zasób gatunków i powiązań troficznych pomiędzy nimi. Na tej zasadzie każdy nowy gatunek, niezależnie skąd jest tą różnorodność zwiększa. Natomiast kwestie nadmiernej dominacji admin bardzo trafnie wytłumaczył – jest efektem właśnie niskiej bioróżnorodności biocenoz, które nowy gatunek kolonizuje. Przykładem jest tu czeremcha amerykańska kolonizująca monokultury sosnowe – biotop niezróżnicowany (a więc brak konkurencji) i sterylny, dlatego długo w nim żyje, jest też jedynym źródłem owoców dla ptaków, dlatego łatwo się rozsiewa. Do nadrzecznych łęgów nie wkracza już tak chętnie, łapie choroby grzybowe, zgryzają ją roślinożercy, a zmiany poziomu wód obniżają jej żywotność, w skutek czego żyje krócej, sam to zaobserwowałem. Do tego musi konkurować z innymi gatunkami roślin, niekoniecznie drzewiastymi. Las łęgowy jest bowiem środowiskiem bioróżnorodnym, który z racji zażartej „walki o byt” skutecznie studzi dominacyjne zapędy poszczególnych gatunków. Gatunków nienatywnych, które radzą sobie w „dojrzałych” i dobrze zachowanych ekosystemach jest bardzo mało, jednym z nich jest niecierpek drobnokwiatowy. Ale np. biedronka azjatycka dużo gorzej o siedmiokropki radziłaby sobie bez możliwości zimowania w zabudowaniach ludzkich, czyli znów mamy przykład gatunku nierodzimego dobrze prosperującego w sterylnych biotopach, przynajmniej jeśli mowa o kwestii zimowania.

    • Czeremcha amerykańska słabo rośnie w miejscach silnie wilgotnych i tylko takich – wszędzie indziej radzi sobie znakomicie i nie potrzebuje do tego żadnych monokultur. W grądzie będzie tak samo inwazyjna. Silne zacienienie będzie jej mniej przeszkadzało na żyznych glebach, a jeśli znajdzie jakąś lukę ze światłem to nie ma zmiłuj, rozsieje się tam, przerośnie wszystkie inne gatunki i pozostanie sama. I mówimy tu o gatunku który u nas nawet nie jest w stanie osiągnąć normalnych rozmiarów (w swojej ojczyźnie jest dużym drzewem, u nas zaś krzewem lub małym drzewem). No ale brak „wektorów regulujących populację, jak to ktoś tu wcześniej określił, robi swoje. Na tym polega inwazyjność.

      • Tu nie chodzi tylko o „wektory regulujące populację”, bo w Ameryce na każdym rogu też nie czyha na nią owad, grzyb czy przeżuwacz. Tu chodzi o brak konkurencyjności ze strony natywnych roślin w ubogich biocenozach, dlatego w uprawach sosnowych co drugie drzewo w poszycie to czeremcha. W takich bardziej naturalnych, starszych lasach sosnowo-dębowych jest jej mniej, ale wbrew temu co stale się słyszy potrafi całkiem konkretnie wyrosnąć, jeśli rośnie na głębokiej glebie, a zarazem środowisko jest sterylne. W grądach, a zwłaszcza w lasach podmokłych ona krótko żyje, gorzej znosi konkurencję, spasanie i działalność patogenów. Odnośnie „staroświatowych” gatunków inwazyjnych, to skoro szakal złocisty nim nie jest, to taki orzech włoski też nie powinien. Chociaż w USA robinia akacjowa w jednych stanach jest rodzima, a w innych jest zakazana jako roślina mocno inwazyjna.

  15. Takie spojrzenie jest mi bliskie.
    Tak sobie myślę, że u podstaw całej tej idei inwazyjności wcale nie leży troska o przyrodę per se. Wygodnie jest wystroić ją w ekologiczne piórka, ale tak naprawdę zawsze chodziło tylko o jedno – o interes człowieka. Nie bez powodu rozpatruje się skutki napływu gat. inwazyjnych przede wszystkim pod kątem strat materialnych, a kwoty idą w miliardy (jeśli dobrze pamiętam – ewentualnie w setki milionów) rocznie, jeśli je ująć w odniesieniu do Unii czy Stanów. Stworzono skuteczne, a przy tym powszechnie akceptowalne narzędzie prawne legitymizujące wszelkie działania prowadzące do jak najefektywniejszej obrony czy to rolnictwa, czy gospodarki. Nie twierdzę, że taka motywacja jest z gruntu zła – pewnie wręcz przeciwnie i bardzo możliwe że nie ma innego wyjścia. W ostateczności aby chronić przyrodę, najpierw powinniśmy ochronić samych siebie. Mimo to jest to jakiś rodzaj hipokryzji i zakłamania.
    Rodzime gatunki nie mają zresztą wcale lepiej, jeśli tylko raczono zakwalifikować je jako tzw. szkodniki. Szkodnik to taki bezczelny ktoś, kto z racji ewolucyjnie zaprojektowanych skłonności uczestniczy w podziale tortu, do którego przyznaliśmy sobie wyłączność prawem silniejszego. I to tutaj przebiega prawdziwa linia podziału – miedzy tym co nam się „przyda” i tym co nam „bruździ”.

  16. W tej dyskusji zdecydowanie stoję po stronie Radomira. Co prawda skoro on Cię nie przekonał, to nie mam złudzeń, że uda się to mnie, ale dorzucę swoje trzy grosze, bo co prawda nie jestem specjalistką od gatunków inwazyjnych, ale to jeden z tematów, które jakoś tam leżą mi na sercu, i które od czasu do czasu poruszam na moich fb-owych blogach. Polecę też od razu blog Rafała Maciaszka „Łowca obcych”, w całości poświęcony tym zagadnieniom. Rafał bardzo dobrze orientuje się w tematyce gatunków obcych i inwazyjnych, jest praktykiem, a jednocześnie potrafi, w moim odczuciu, bardzo fajnie tłumaczyć i tonować emocje, bo te w dyskusjach na temat gatunków inwazyjnych bywają gorące – nic dziwnego, to jest z różnych względów trudny temat.

    Chciałabym zwrócić przede wszystkim uwagę na to, że nie każdy gatunek, który pojawił się na danym obszarze, jest gatunkiem obcym, a tym bardziej obcym gatunkiem inwazyjnym. Gatunek obcy, według definicji, to gatunek, który pojawił się na danym obszarze przy bezpośrednim udziale człowieka – czyli celowo sprowadzony albo przypadkowo zawleczony. W związku z tym lepiarka bluszczówka na terenie Polski nie jest gatunkiem obcym ani inwazyjnym, bo rozprzestrzenia się o własnych siłach, nikt ani do Polski, ani do Europy jej nie wprowadził w sposób sztuczny. Natomiast miesierka Megachile sculpturalis, jeśli do Polski w końcu dotrze, będzie gatunkiem obcym, ponieważ do Europy sprowadził ją z Azji człowiek (wraz z drewnem) i to jest bezpośrednią przyczyną tego, że jest i rozprzestrzenia się dalej w naszej części świata. Może się wydawać, że sposób dotarcia w jakieś miejsce jest kwestią mało ważną, arbitralną, akademicką – ale jednak tak nie jest. Człowiek jest w stanie przemieścić gatunki na bardzo duże odległości, często w liczbie wielu osobników naraz. Naturalne dalekie przemieszczenia też się zdarzają, ale są nieporównywanie rzadsze niż to, co fundujemy przyrodzie my, ludzie.

    Kolejną kwestią jest to, jaki gatunek jest inwazyjnym gatunkiem obcym. Jest to taki gatunek, który w miejscu swojego nie-naturalnego występowania zagraża bioróżnorodności. Może to robić na różne sposoby – poprzez konkurencję o różne zasoby, drapieżnictwo, pasożytowanie na rodzimych gatunkach, zarażanie ich chorobami, na które są one mniej odporne… Dlatego gatunek inwazyjny już z samej swojej definicji nie będzie zwiększał bioróżnorodności, bo on tej bioróżnorodności zagraża. Innymi słowy – zyskujemy w ekosystemie jeden nowy gatunek, a możemy stracić (albo mieć zmniejszoną liczebność) X innych gatunków. Które, notabene, niekoniecznie da się chronić gdzieś indziej, bo gatunek inwazyjny ma jakąś swoją ojczyznę i tam jest rodzimy i można i należy go chronić, a gatunki rodzime tutaj są u siebie i tutaj powinny mieć bezpieczne warunki do życia. Nie każdy gatunek obcy jest inwazyjny, ale problem z gatunkami obcymi jest taki, że nie bardzo jesteśmy w stanie przewidzieć, który z tych obcych może stać się inwazyjny. Tym bardziej że gatunek może ujawnić swoją inwazyjność długo po wprowadzeniu, czyli mamy gatunek obcy i wydaje się że jest fajnie, a nagle się okazuje, że zaczyna się nam rozprzestrzeniać i zagrażać. A jak się orientujemy, że coś się dzieje, to już trudno jest to zatrzymać, bo łatwiej jest zapobiec inwazji albo zatrzymać na początku, niż pozbyć się gatunku inwazyjnego ze środowiska później. Dlatego wprowadzanie gatunków obcych zawsze niesie ze sobą ryzyko.

    Dodam jeszcze, że gatunki zmieniające zasięgi z powodu zmian klimatu nie są klasyfikowane jako obce na terenach, na które przybyły, mimo że niewątpliwie zmiany klimatu „zawdzięczamy” człowiekowi. Nie znaczy to, że gatunek, który przybył na nowe tereny w sposób naturalny, nigdy przenigdy nie zrobi w środowisku bałaganu. Obecne zmiany zachodzą bardzo szybko, i tak naprawdę chyba do końca nie wiemy, jak ekosystemy będą na nie reagować, o pewnych skutkach zmian klimatu pewnie dopiero się przekonamy. No ale to już trochę inny temat. Ogólnie przyroda jest teraz pod presją z wielu stron, i to wszystko się nakłada na siebie i współdziała, niestety. Z tego powodu też czasami trudno jest „wyizolować” w badaniach wpływ konkretnego czynnika w naturalnym środowisku.

  17. Pani prelegentka z pierwszej części wykładu, o którym pisałem, obszernie objaśniła wspomniane przez Ciebie różnice między gatunkiem obcym a inwazyjnym. Być może powinienem zawrzeć je w artykule, ale uznałem że definicje można łatwo znaleźć w sieci. To mogła być błędna decyzja, więc tym bardziej dziękuję za doprecyzowanie. A może wręcz naprostowanie moich słów.
    Piszesz że gatunek inwazyjny zagraża bioróżnorodności z samej definicji. Zauważ, że mamy do czynienia z samospełniającą się przepowiednią. Każdy gatunek sprowadzony przez człowieka zostaje uznany za inwazyjny – i przez to samo zyskuje etykietę. Nikt nie analizuje stanu faktycznego, jest on przyjmowany z góry. Z tym zwyczajem właśnie polemizuję. Wysuwa się oskarżenie, zanim nastąpi zbrodnia. Taka profilaktyka ma zapewnić skuteczność z punktu widzenia naszych interesów (w praktyce różnie to bywa, porażka goni porażę), ale czy faktycznie ma przeciwdziałać zmniejszaniu bioróżnorodności? Mam wątpliwości zarówno co do naszych intencji, jak i do zawsze destruktywnego wpływu nowych przybyszów. Raz przypięta łatka już zostaje, a zła sława rośnie.
    Jak już zaznaczałem, nie zamierzam posługiwać się wielkimi kwantyfikatorami typu „zawsze” czy nigdy. Uważam za to, że problem nie jest czarno-biały i przynajmniej w niektórych przypadkach warto zachować ostrożny optymizm. Aż rzeczywistość ten optymizm zweryfikuje. To nie tak, że nie sposób mnie przekonać, zaręczam. Wystarczy udowodnić że ekspansja wtyka amerykańskiego, stonki ziemniaczanej czy biedronki azjatki spowodowała spadek bioróżnorodności. Że rodzimy gatunek wyginął lub znacząco zmniejszył liczebność wskutek nieznanej wcześniej konkurencji. Same tylko wskaźniki ekonomiczne konstruowane na nieznanych mi zasadach i podstawach mnie nie satysfakcjonują i podchodzę do nich sceptycznie.

    Justyna, Twoje odmienne od mojego zdanie w temacie mnie nie martwi, ani nie irytuje. Tym bardziej, że jest ono poparte wnikliwymi przemyśleniami i rzetelną wiedzą, a nie plotką rozprzestrzenioną przez media i niektórych niekoniecznie w pełni obiektywnych przyrodników – patriotów. W wielu aspektach rozumiem i podzielam Twoją perspektywę, ale nie na ogólnym poziomie. (Chyba można napisać metapoziomie, ale jakoś za bardzo mi to podchodzi pod amatorską filozofię).

    • „Każdy gatunek sprowadzony przez człowieka zostaje uznany za inwazyjny” No właśnie nie! Pisałam o tym w swoim komentarzu…
      „Wystarczy udowodnić że ekspansja wtyka amerykańskiego, stonki ziemniaczanej czy biedronki azjatki spowodowała spadek bioróżnorodności.” Łatwo powiedzieć, w praktyce to nie takie proste 🙂 Badanie trendów liczebności u owadów ogólnie jest trudne, i nie ma nawet zgodności co do skali „wymierania owadów”, a wykazanie odpowiedzialności konkretnego czynnika za spadek liczebności jakiegoś gatunku to już wyższa szkoła jazdy. Dlatego często patrzy się na „pośrednie” dowody, na przykład udokumentowanie przypadków drapieżnictwa/konkurencji/zarażania pasożytami itp jest wskazówką, że jeden gatunek wpływa na drugi. Bardzo podobna sytuacja jest z pszczołą miodną i dzikimi – mamy sporo badań wskazujących na to, że miodna może wpływać na dzikie gatunki negatywnie, natomiast wcale nie tak łatwo o „twarde dowody”, właśnie dlatego, że takie rzeczy jak rozrodczość dzikich pszczół bada się bardzo ciężko w naturze, a do tego dochodzą jeszcze inne czynniki, które mogą nam zaburzać wynik. Ale proszę, tutaj publikacja o Harmonii, którą znalazłam na szybko: https://link.springer.com/article/10.1007/s10526-018-9891-7 Zaznaczam, że nie interesuję się tym gatunkiem, i niestety nie mam czasu, żeby usiąść i poszperać w publikacjach, a to dałoby pełen obraz. Myślę, że Rafał Maciaszek może być niezłym źródłem przykładów badań dokumentujących negatywny wpływ różnych gatunków inwazyjnych na bioróżnorodność, na pewno „siedzi” w tym bardziej niż ja.

  18. Jeszcze nawiązując do szkód gospodarczych powodowanych przez gatunki inwazyjne – to bynajmniej nie jest regułą. Mamy szereg obcych gatunków inwazyjnych roślin, które wręcz są pod pewnymi względami gospodarczo korzystne. Nawłoć kanadyjska i późna czy robinia akacjowa są chętnie oblatywane przez pszczołę miodną i z tego względu promowane przez część pszczelarzy, natomiast przyrodnicy mają o nich zdanie zgoła odmienne. Zresztą, sporo gatunków, które później stały się inwazyjne, zostało w pierwszej kolejności sprowadzone przez człowieka dla jakichś korzyści – dla pozyskania jakichś surowców, jako ozdobne itp.

  19. Gatunki obce niezależnie czy faktycznie czy tylko potencjalnie inwazyjne są realnym zagrożeniem dla lokalnej przyrody. Najczęściej brak obserwacji negatywnego wpływu jest efektem problemów badawczych (metodycznych), a nie realnych oddziaływań. Jak wyżej wskazano czy to biedronka czy wtyk mają negatywny wpływ na bioróżnorodność. Owady trudno badać, ptaki łatwiej, a o roślinach przekonać może się każdy. Papugi w europejskiej faunie szkodzą rodzimym ptaków, bo skutecznie konkurują o deficytowe dziuple (włącznie z zabijaniem mniejszych gatunków przy ich przejmowaniu) i jeszcze przenoszą choroby na które same są odporne (coś jak rak pręgowany z dżumą raczą). O tym jak wpływają obce gatunki roślin na naszą roślinność nie trzeba nikogo przekonywać, a pożytek dla błonkówek z nawłoci skończy się, gdy ona zajmie ich wszystkie potencjalne miejsca lęgowe. Tony pyłku na nic się zdadzą tym pyłkożercom jak nie znajdą kawałka otwartej gleby do wykopania norki. Tak, prawie zawsze będzie gdzieś jakaś droga z koleinami, albo quadowiec rozjedzie kawałek zielska, ale tak by nie funkcjonował ich pierwotny naturalny ekosystem. Może za żarciem trzeba by się bardziej nalatać, ale jego przemiany dawałyby perspektywy przetrwania. W nawłociach, rdestowcach, kolczurkach, niecierpkach, czeremchach problemy z odnowieniem miewają nawet lekkonasienne drzewa. To są trwałe zniekształcenia i ogromne zubożenie bioróżnorodności, nawet jak na etapach przejściowych może się to wydawać atrakcyjne, bo coś z okolicy przyleci. Ale po jakimś czasie nie ma już tej okolicy. I to nie są futurystyczne wizje, bo już dzisiaj całe doliny rzeczne są zarośnięte niecierpkiem himalajskim, rdestowcami i kolczurką, a w niektórych rejonach polski nawłociowiska obejmują setki hektarów w miarę jednorodnych ekosystemów na porzuconych polach. Efekty wpływu roślin są w makroskali doskonale widoczne, mniejsze gatunki często działają w mniejszych skalach. Inwazyjne są nawet wątrobowce, niszczące (zajmujące) miejsca potencjalnego występowania innych mszaków. Żeby było ciekawiej na wątrobowcach występują minujące muchówki z Agromyzidae. Z Polski wykazano zdaje się jeden gatunek związany z tymi mszakami, ale potencjalnie w górach, a może i na niżu występują inne nieopisane (w górach to może nawet endemiczne) gatunki z tej grupy. I teraz taka Lunaria, która zwiała z szkółek, potencjalnie, a raczej całkiem realnie, zagraża nieopisanym dla nauki gatunkom całkiem sporych robaków (całkiem sporych w porównaniu do nicieni czy innego mikroskopijnego diabelstwa). Najgorsze jest to, że prawdopodobnie poza mną i czytelnikami tego wpisu raczej nikt w Polsce nie zdaje sobie sprawy z tego zagrożenia.

    • Ale idąc tym torem gatunki rodzime też mają negatywny wpływ na ekosystemy, bo ograniczają liczebność innych gatunków rodzimych np. sikory bogatki monopolizujące wszystkie odpowiadające im miejsca lęgowe, zabijające inne ptaki chcące się w nich gnieździć. Natomiast nawłocie jak sam napisałeś „agresywnie” rozprzestrzeniają się na pionierskich stanowiskach, natomiast z biegiem czasu są dominowane przez drzewa lekkonasienne. Swoją drogą nie ma co się dziwić, że owady przepadają np. za niecierpkiem, bo kwitnie późno, kiedy w naszej rodzimej florze (swoją drogą bardzo ubogiej jak na tak sprzyjające warunki klimatyczne) nic innego już nie kwitnie.

      • Niekoniecznie. 1. Bogatki konkurują skutecznie o dziuple, ale zabijanie konkurencji nie jest normą. W dobrym lesie (nie mówimy o drzewostanach LP) podaż miejsc lęgowych nie jest wielkim czynnikiem ograniczającym możliwość rozmnażania. Do tego bogatki są terytorialne i nawalają się nawzajem. Dodatkowo mają sporą grupę drapieżników (krogulce, sowy, kuny itd.) i skutecznych pasożytów 2. Nawłoć nie wchodzi na pionierskie stanowiska tylko rozwala całkiem dobrze funkcjonujące ekosystemy i jest na tyle „zabójcza”, że nawet drzewa lekkonasienne nie mają łatwo. Są na tyle wysokie, że zagłuszają siewki w 1-2 roku. Tyczy to też większości innych gatunków roślin inwazyjnych. 3. W naszej rodzimej florze całkiem dużo roślin kwitnie do jesieni (np. astrowate w typie złocieni, macierzanki, lebiodka i trochę innych wargowych, krwiściągi, goryczki i wiele innych, nie mówiąc o wrzosach). Tylko większość z nich trudno znaleźć ze względu na rzadkość :-). Zresztą nie licząc pszczoły miodnej liczba gatunków jesiennych z wszelkich grup owadów żywiących się pyłkiem i nektarem nie powala.

        • Odnośnie wpływu czeremchy amerykańskiej na rodzime gatunki, to w pobliskim borze mieszanym zauważyłem, że niemal wszystkie gniazda kosów, śpiewaków i grzywaczy znajdowały niemal wyłącznie na tych drzewach. Rosną one dość „pokracznie”, ich konary są grube i szeroko się rozgałęziają, więc łatwo na nich zbudować gniazdo. Ponadto czeremchy szybko pokrywają się liśćmi wiosną, co może zapewniać kamuflaż. Teoretycznie, gdyby jakiś ekofanatyk je powycinał w imię walki z IGO, to liczebność wyżej wymienionych ptaków mogła by spaść, jednocześnie nie przybyło raczej gatunków rodzimych, bo w tym ubogim lesie, będącym w zasadzie dojrzałą uprawą leśną w podszycie rośnie tylko kilka gatunków roślin (leszczyna, czeremcha pospolita, kruszyna pospolita i jarząb pospolity).

          • „Ponadto czeremchy szybko pokrywają się liśćmi wiosną, co może zapewniać kamuflaż.”

            Rośliny aspektu wiosennego (chociażby głupi zawilec) napewno są z tego powodu zachwycone.

            „bo w tym ubogim lesie, będącym w zasadzie dojrzałą uprawą leśną w podszycie rośnie tylko kilka gatunków roślin (leszczyna, czeremcha pospolita, kruszyna pospolita i jarząb pospolity”

            A w sumie to w czym problem? Mamy zbiorowisko z takimi gatunkami w podszycie i tyle (abstrahując od tego, że ta czeremcha zwyczajna i leszczyna mogą świadczyć o jakimś zdegradowanym grądzie a nie borze mieszanym). Ciesz się tym co jest, bo za jakiś czas możesz tam mieć tylko naszą sympatyczną imigrantkę z Ameryki.

Zostaw odpowiedź